Pages


______________________________________________________________________

poniedziałek, 16 stycznia 2017

x. Robert H. Benson: Święty Kościół grzesznych ludzi


ks. Robert H. Benson
„Jakież to bezcelowe udawać, że ci papiści są znienawidzeni z powodu swej pobożności – z powodu swej miłości do Jezusa Chrystusa! To ich grzech, ich niezgodność z własnymi standardami, a nie ich świętość budzi podejrzenia.

Żadna retoryka nie może usprawiedliwić Sykstusa III, Innocentego VIII, Juliusza II, Marii Turdor, Torquemady i tysięcy zbrodniarzy, znanych z historii. «Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi?» (Mt 7, 16).

To bezcelowe, aby prześladowcy pozowali na prześladowanych, a oszczercy na obrzucanych kalumniami. Nie jest prześladowaniem, jeśli społeczeństwo broni się przed tymi, którzy obalają jego prawa. Jeśli brak jakiegoś dowodu, że Kościół rzymski nie jest królestwem niebieskim, można go znaleźć w charakterze jego obywateli”.

„…podobne jest królestwo niebieskie do sieci” (Mt 13, 47).

„Nie jest zatem – odpowiada drugi głos w jego duszy – nie jest wyselekcjonowaną społecznością idealnych dusz. Jest raczej wielkim naczyniem, które zbiera w siebie dobrych i złych, świętych i grzeszników, eteryczne dusze i zdeformowane potwory zmysłowości. Wskazywać na wyrzutków społeczeństwa w obrębie Kościoła to nic innego, jak pokazywać, że miłosierdzie Boga jest większe niż miłosierdzie człowieka.

Wyobrażać sobie inny Kościół niż ten, to zaprzeczać jego powszechności, jego Boskości, jego adekwatności do ludzkich potrzeb, jego bezbrzeżnej miłości, jego niezniszczalnej nadziei. To właśnie zrobili lollardzi, luteranie, independenci, marcjonici, i setki gnostyckich sekt, których nazwy zostały już niemal zapomniane. Zawsze krzyczeli «Ludu mój, wyjdźcie z niej» (Ap 18, 4). Ale królestwo niebieskie to nie arystokracja świątobliwości, ani nie wystawa nagrodzonych dusz, a nawet nie sito, które oddziela – to sieć, co gromadzi i włącza w siebie.

Nawet gdyby wszystkie przesadne twierdzenia historyków były absolutnie prawdziwe, nie wpłynęłoby to ani o włos na prawo Kościoła. Powszechnie bowiem wiadomo, że im większa wysokość, tym większy upadek. Zły katolik jest najgorszym z ludzi, ponieważ jego typem i jego przywódcą jest nikt inny, jak Judasz Iskariota. Zepsucie wysoko rozwiniętego organizmu jest nieskończenie bardziej wstrętne niż gnijące resztki meduzy.

Jeśli prawda jest czymś upragnionym, a nie słownym zwycięstwem coram populo, musisz postawić św. Franciszka z Asyżu obok Innocentego VIII, św. Katarzynę ze Sieny obok papieskiego sądu, przed którym przemawiała, musisz postawić tysiące świętych, znanych i nieznanych, obok tysięcy grzeszników, których imiona gromadził przez tak wiele stuleci i z taką sumienną gorliwością oskarżyciel braci”.

x. Robert H. Benson, „Religia zwykłego człowieka”, Sandomierz 2007, s. 51nn.

Zakładnik diabła



Ksiądz Malachi Martin. Dla zwolenników fascynujący, czarujący, błyskotliwy, i zaprawiony w boju wojownik Boga. Dla oponentów mitoman, kłamca, szuja i oszust. A kim był naprawdę ten kontrowersyjny ex-jezuita? Na to pytanie próbują odpowiedzieć twórcy dokumentu "Zakładnik diabła".

x. prof. Tadeusz Guz: O reformacji M. Lutra - najbardziej rozpowszechnionej herezji wszechczasów


Zapomniane prawdy c.d. - Należy miłować Pana Boga, dając Mu pierwszeństwo przed wszystkim innym


Należy więc miłować Pana Boga, dając Mu pierwszeństwo przed wszystkim innym; winniśmy być gotowi raczej życie stracić, niż Jego łaskę. – Nasza miłość winna być dalej życzliwą; powinniśmy pragnąć, aby wszyscy Boga kochali, a przynajmniej modlić się o nawrócenie tych, którzy Go nie kochają. – Miłość nasza winna być ożywiona skruchą; serca nasze powinny być przejęte żalem za grzechy, nie tyle, iż się przez nie utraciło niebo, a zasłużyło na piekło, jak raczej, że obraziliśmy Boga, dobroć nieskończoną. – Nasza miłość powinna być złączona z poddaniem się woli Pana Boga; powinniśmy Mu często składać z siebie ofiarę, by czynił z nami, co zechce. – Na koniec trzeba kochać Pana Boga miłością cierpliwą, nie przejmując się zniewagami i cierpieniami; owszem powinniśmy pragnąć cierpień i upokorzeń dla miłości Pana Jezusa. – Taka miłość jest miłością mocną; po niej można poznać prawdziwych miłośników Pana Boga. Szczęśliwy, kto ją posiada.

Św. Alfons Maria Liguori, 
Rozmyślania na wszystkie dni całego roku. Tom II. Toruń 1935, ss. 378-379.

piątek, 6 stycznia 2017

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty - Institutiones Theologicae Martineta



INSTITUTIONES THEOLOGICAE

AD USUM

SEMINARIORUM

AUCTORE
A. MARTINET

THEOLOGIAE DOCTORE ET QUONDAM PROFESSORE,
RECTORE SOCIETATIS PRESBYTERORUM MISSIONARIORUM SANCTAE ANNAE
IN DIOECESI TARENTASIENSI

––––––––––


__________

TOMUS PRIMUS (djvu, 76.7 Mb)

TOMUS SECUNDUS (djvu, 80.8 Mb)

TOMUS TERTIUS (djvu, 94.1 Mb)

TOMUS QUARTUS (djvu, 65.9 Mb)

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15,4 Mb)
__________

Institutiones Theologicae ad usum seminariorum, auctore A. Martinet, Theologiae Doctore et quondam Professore, Rectore Societatis Presbyterorum Missionariorum Sanctae Annae in Dioecesi Tarentasiensi. Tomus primus. Parisiis. APUD JACOBUM LECOFFRE ET SOCIOS, BIBLIOPOLAS, VIA DU VIEUX-COLOMBIER, 29. 1859, pag. 543.

Institutiones Theologicae ad usum seminariorum, auctore A. Martinet, Theologiae Doctore et quondam Professore, Rectore Societatis Presbyterorum Missionariorum Sanctae Annae in Dioecesi Tarentasiensi. Tomus secundus. Parisiis. APUD JACOBUM LECOFFRE ET SOCIOS, BIBLIOPOLAS, VIA DU VIEUX-COLOMBIER, 29. 1859, pag. 581.

Institutiones Theologicae ad usum seminariorum, auctore A. Martinet, Theologiae Doctore et quondam Professore, Rectore Societatis Presbyterorum Missionariorum Sanctae Annae in Dioecesi Tarentasiensi. Tomus tertius. Parisiis. APUD JACOBUM LECOFFRE ET SOCIOS, BIBLIOPOLAS, VIA DU VIEUX-COLOMBIER, 29. 1859, pag. 663.

Institutiones Theologicae ad usum seminariorum, auctore A. Martinet, Theologiae Doctore et quondam Professore, Rectore Societatis Presbyterorum Missionariorum Sanctae Annae in Dioecesi Tarentasiensi. Tomus quartus. Parisiis. APUD JACOBUM LECOFFRE ET SOCIOS, BIBLIOPOLAS, VIA DU VIEUX-COLOMBIER, 29. 1859, pag. 611.

Z Bożą pomocą nie skapitulujemy


8 października 2016 r., podczas Dni Tradycji w Port-Marly (Francja) bp Bernard Fellay, przełożony generalny Bractwa Świętego Piusa X, wygłosił konferencję poświęconą stanowi relacji Bractwa z Rzymem, której dłuższy fragment przytaczamy.
Czy dokumenty soboru duszpasterskiego mogą być przedmiotem dyskusji?

Nieoczekiwanie ponad rok temu Rzym przedstawił nam nową propozycję. Byliśmy naprawdę zaskoczeni, ponieważ [zawsze] mówiliśmy: „Nie. Nie możemy powiedzieć, że sobór jest w zgodzie z Tradycją. Nie możemy tego uczynić. Jest też kwestia nowej Mszy – nie możemy uznać, że jest ona dobra”. A jednak nieoczekiwanie przedstawiono nam nową propozycję, czego przyczyny wyjaśnia do pewnego stopnia treść kilku wywiadów udzielonych przez abp. Pozzo. Wynika z nich, że początkowo Rzym chciał, żebyśmy zaakceptowali wszystko (tj. całe nauczanie Vaticanum II – przyp. tłum.) – nie udało się mu jednak nas do tego nakłonić. Tak więc zaczęto się zastanawiać, jak wyjść z tej kłopotliwej sytuacji, ponieważ znaleźliśmy się w impasie – i wydaje się, że znaleziono pewien sposób. Polegał on na wyróżnieniu w dokumentach soborowych kwestii ważniejszych oraz mniej istotnych. Po raz pierwszy abp Pozzo wspomniał o tym w lutym 2016 r., czyli niemal dziewięć miesięcy po zaprezentowaniu nam tej propozycji.

W efekcie Rzym zrezygnował z pewnych dość ważnych żądań. Obecnie nie wymaga się już od nas złożenia „wyznania wiary kard. Ratzingera”. Chodzi o zakwestionowane niegdyś przez abp. Lefebvre’a słowa, jakie zostały dodane przez kard. Ratzingera do składanego zwyczajowo wyznania wiary, a odnoszące się do tego, co nazywamy Magisterium autentycznym. Jak wyjaśnił kard. Ratzinger, celem dodania tych słów było uzyskanie [od Bractwa] podporządkowania się dokumentom Magisterium autentycznego, obligującym katolików do zaakceptowania soboru.

Można nad tym dyskutować: jest oczywiście prawdą, że jesteśmy winni okazywać pełne szacunku podporządkowanie dokumentom Magisterium, np. encyklikom. Traktowanie takich dokumentów z szacunkiem jest czymś całkowicie naturalnym, jako że są one ogłaszane przez najwyższą władzę w Kościele. Tak więc to żądanie samo w sobie nie jest szokujące, jest nawet katolickie. Kiedy jednak odniesie się je do soboru, staje się problematyczne.

Tak więc rzeczywiście wzdragaliśmy się przed złożeniem tego wyznania wiary. I cóż, jak się okazuje, obecnie się już tego od nas nie wymaga! Obecnie Rzym chce, żebyśmy złożyli stare trydenckie wyznanie wiary Piusa IV. W skierowanym do nas dokumencie określa się je mianem „wyznania wiary ojców soborowych”. Tak, ojcowie soborowi – innymi słowy biskupi zgromadzeni na II Soborze Watykańskim – złożyli na początku 1. sesji wyznanie wiary, które jest w istocie wyznaniem tradycyjnym. Podobnie jak Mszą, którą sprawowano podczas soboru, była stara Msza…

Różna ranga doktrynalna dokumentów soborowych

Druga zmiana polega na tym, że zrezygnowano z wysuwania wobec nas jakichkolwiek żądań odnośnie do akceptacji wolności religijnej i ekumenizmu. Nie wspomina się już o tym. To interesujące! Jaki jest tego powód? W tym pierwszym wywiadzie udzielonym [przez abp. Pozzo] agencji Zenit w lutym (28 lutego 2016 r. – to i pozostałe uściślenia źródeł dodane przez red. DICI) możemy przeczytać, że katolicy muszą akceptować wszystkie dokumenty soboru, jednak nie w równym stopniu. Ta idea została rozwinięta następnie w kwietniu („La Croix” z 7 kwietnia 2016 r.). W tym momencie staje się to szczególnie interesujące, ponieważ nieoczekiwanie mówi się nam, że dokumenty przyjęte przez sobór nie mają charakteru dogmatycznego, innymi słowy, że akceptacja wszystkich przyjętych wówczas deklaracji – deklaracji wobec świata (niejasne; być może chodzi o konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes – przyp. red. WTK) itd. – nie jest wg abp. Pozzo konieczna, żeby być uznanym za katolika. Co to oznacza? „Nie musicie się z tym zgadzać, żeby być uznanymi za katolików”. Kiedy to usłyszałem, uznałem to za tak zdumiewające, iż powiedziałem abp. Pozzo: „Możliwe, że będę musiał poprosić Ekscelencję, by przybył do nas i powtórzył to osobiście, ponieważ moi współbracia mi nie uwierzą”. Myślę, że nawet dziś możemy mieć wątpliwości: czy to było powiedziane na serio? Czy istotnie tak uważają? Abp Pozzo rzeczywiście udzielił kilku wywiadów. Przytoczyłem tu fragment wywiadu z kwietnia, następnie pojawiły się kolejne (4 lipca dla agencji Zenit oraz 28 lipca dla „Christ und Welt”). Pomiędzy tymi dwoma datami, w czerwcu, jego przełożony – kard. Müller – powiedział jednak coś wręcz przeciwnego (por. „Herder Korrespondenz” z czerwca 2016 r.). „«Wyrazy prawd wiary i autentycznej doktryny katolickiej zawarte w dokumentach II Soboru Watykańskiego muszą być akceptowane stosownie do stopnia wymaganego [od wiernych] posłuszeństwa» – kontynuował włoski biskup, potwierdzając jeszcze raz różnicę pomiędzy dogmatami a pewnymi dekretami czy deklaracjami zawierającymi «dyrektywy dla działalności duszpasterskiej, wskazówki i sugestie czy też zachęty o charakterze praktycznym czy duszpasterskim», jak to miało miejsce zwłaszcza w przypadku Nostra aetate, która zainaugurowała dialog z religiami niechrześcijańskimi. Ta ostatnia [powiedział abp Pozzo] «będzie stanowić, po rozpoznaniu kanonicznym, przedmiot dyskusji i szczegółowego badania mającego na celu osiągnięcie większej precyzji oraz wyeliminowanie niejasności i zapobieżenie błędnym jej interpretacjom, które – jak wiemy – są obecnie bardzo rozpowszechnione»”. To naprawdę bardzo interesujące.

Deklaracje te nie są jednak zawsze całkowicie jasne. Niekiedy można odnieść wrażenie, że abp Pozzo stara się zadowolić obie strony. Do nas mówi: „Możecie nie zgadzać się z tym i nadal być katolikami”. Gdyby jednak powiedziało się to zbyt głośno w świecie modernistów, skutkiem byłaby rewolucja. Dlaczego? Ponieważ – jak zawsze podkreślaliśmy – te idee, które są zabójcze dla Kościoła, zostały wprowadzone przez sobór w dokumentach o ekumenizmie, wolności religijnej oraz w Nostra aetate (Deklaracji o stosunkach z religiami niechrześcijańskimi). To właśnie tam oraz w Gaudium et spes w najdobitniejszy sposób zostało wyrażone pozytywne stanowisko [Kościoła] wobec świata. Właśnie dlatego zawsze krytykowaliśmy te dokumenty soborowe. Nie ulega wątpliwości, że w tekstach soborowych można znaleźć potwierdzenie znacznej liczby dogmatów, np. o Trójcy Świętej, o bóstwie Chrystusa itp. Sobór naucza nawet, że zbawienie można osiągnąć jedynie za pośrednictwem Chrystusa. Wszystko to sobór potwierdza. Ktoś nawet żartobliwie wykazywał, że Bractwo było bardziej wierne soborowi niż jezuici.

Problemem nie są jednak dobre rzeczy, jakie możemy znaleźć w tych dokumentach, a które rzeczywiście są w nich obecne. Problemem są rzeczy złe! Jeśli do zupy dodano cyjanku, jakie ma znaczenie to, czy w skład jej wchodzą smaczne warzywa i pyszny bulion ugotowany na najczystszej wodzie? Ze względu na obecność trucizny taka zupa jest niejadalna. I dokładnie z czymś takim mieliśmy do czynienia podczas soboru; właśnie dlatego mówimy, że jest on „niejadalny”. Nie ze względu na dobre rzeczy, jakie można znaleźć w jego dokumentach, ale z powodu trucizny. I – aby być zupełnie ścisłym – ta trucizna nie jest obecna wszędzie, ale jedynie w pewnej liczbie tych tekstów, o których abp Pozzo mówi nam obecnie: „Nie jesteście zobligowani do ich zaakceptowania, aby być uznani za katolików”.

Jednakże przeważająca większość osób należących dziś do Kościoła uważa, że jest dokładnie odwrotnie. Innymi słowy, widzą oni w tych dokumentach fundament swego Kościoła, tego, co jest nazywane Kościołem soborowym. Moderniści na tym właśnie się opierają. Zasadniczy element naszej walki polega więc na mówieniu tego, o czym wspomniałem przed chwilą, bez żadnych upiększeń, aby przekonać się, jak zareagują moderniści, ponieważ – będąc tym, kim są – muszą zareagować. Nie mogą przystać na takie ustępstwo. Muszą interweniować w Rzymie i powiedzieć władzom [Kościoła]: „To niedopuszczalne”. Gdzieniegdzie przybierze to wręcz formę ultimatum: „my albo oni”. Te stanowiska są nie do pogodzenia. Zobaczymy, co ostatecznie z tego wyniknie.

Sobór jest teoretycznie duszpasterski, w praktyce jednak dogmatyczny

Kard. Müller upierał się: „Nie, Bractwo musi zaakceptować cały sobór!”. Mówił nawet o nieodwracalności zaangażowania Kościoła w ekumenizm. To jednak nie wszystko… Mówi on [również] o liturgii, o wolności religijnej, a następnie w lipcu jego podwładny twierdzi coś zupełnie przeciwnego. Co za chaos! Komu mamy wierzyć? To nie do pomyślenia, by abp Pozzo mówił to, co mówi, nie mając żadnego wsparcia. A osobą, która mu tego wsparcia udziela, jest papież. Jest to oczywiście sytuacja absolutnie bezprecedensowa. Co do mnie, to z ciekawością czekam co z tego wyniknie, ponieważ pojawiły się już krytyczne reakcje na jego słowa. Przykładowo pewni niemieccy świeccy wydali wspólnie ze środowiskiem żydowskim oświadczenie (domradio.de z 19 maja 2016 r.), stwierdzające: „Uznanie Bractwa bez [akceptacji przez nie] Nostra aetate jest nie do przyjęcia”. Dokładnie tak to sformułowano. Z kolei niemiecki wykładowca teologii (Jan-Heiner Tück, „Neue Zürcher Zeitung” z 23 maja 2016 r. i „Salzburger Nachrichten” z 5 lipca 2016 r.) wydał w Wiedniu oświadczenie, w którym napisał: „Jeśli przyjmie się Bractwo na powrót do Kościoła bez uznania przez niego soboru, to będzie ono w Kościele koniem trojańskim”. O oświadczeniu tym donosiło nawet Radio Watykańskie. Pojawiły się też inne dokumenty, z których jeden został napisany przez przedstawicielkę American Jewish Committee w Rzymie (Lisa Palmieri-Billig, „Vatican Insider” z 28 lipca 2016 r.). Komentowała ona w nim artykuł abp. Pozzo z lipca, w którym jasno i wyraźnie stwierdził on, że uznanie Nostra aetate i akceptacja ekumenizmu nie mogą być uważane za kryterium katolickości, że można je odrzucać i pomimo to pozostać katolikiem. W tym komentarzu, napisanym bardzo inteligentnie, autorka cytuje słowa rabina, wykładowcy teologii oraz muzułmanina, który stwierdza: „Śledzimy bardzo uważnie rozwój stosunków pomiędzy Bractwem a Rzymem, ponieważ również nas to dotyczy”. Ten tekst stanowił bardzo jednoznaczne ostrzeżenie dla Rzymu. Pojawiły się też jeszcze inne publikacje… Autorem jednej z nich był szwajcarski jezuita (Christian Rutishauser SI, „Tages-Anzeiger” z 30 września 2016 r.), będący członkiem komisji doradzającej papieżowi w kwestii stosunków z Żydami. W artykule opublikowanym na łamach periodyku ukazującego się w Szwajcarii stwierdził on, że zamierza osobiście porozmawiać z papieżem, ponieważ absolutnie nie do przyjęcia jest uregulowanie statusu kanonicznego Bractwa bez zobligowania go do akceptacji Nostra aetate. Tak więc należy oczekiwać, że będą wywierane zdecydowane naciski, aby [przedstawiciele Rzymu] wycofali się z wygłoszonych publicznie opinii, wedle których pewne dokumenty soborowe nie są wiążące dla katolików. Cóż, zobaczymy; będzie to bardzo ciekawe.

Zobaczymy, co zrobią władze rzymskie. Zobaczymy, czy będą się stosować do tej zasady (odnośnie do różnej rangi doktrynalnej tekstów soborowych – przyp. tłum.), nawet bez wskazywania, kto ma słuszność, a kto się myli… bowiem już samo stwierdzenie, że mamy prawo nie zgadzać się [z dokumentami soborowymi] de facto oznacza rozbicie monolitu, jaki dotąd stanowiło nauczanie Vaticanum II. Tak więc staje się to nadzwyczaj interesujące. Może to być początek końca soboru, skoro Kościół mówi, że uznawanie jego dokumentów nie jest [dla katolików] obligatoryjne. Co oczywiście jest prawdą: to nie jest obligatoryjne. Stwierdzenie tego przez władze rzymskie byłoby bardzo interesującym punktem wyjścia. Nie jest to koniec bitwy, wprowadza jednak niezwykle ważną zasadę, stwierdzając: „Nie, uznanie tych dokumentów nie jest konieczne”.

Wieloznaczne Magisterium

Przyjęcie idei o niewiążącym charakterze dokumentów soborowych jest stanowiskiem całkowicie nowym; nie mówię, że to dobry [pomysł], ale widzieliśmy zapowiedzi takiego obrotu już kilka lat temu i jest to niezwykle ważne dla przyszłego rozwoju wydarzeń. W 2014 r., kiedy prowadziliśmy dyskusje z Kongregacją Nauki Wiary, usiłowaliśmy wykazać, że zaistniał poważny problem na poziomie nauczania Kościoła, na poziomie Magisterium. Podałem wówczas kilka przykładów. Jednym z nich była deklaracja Stolicy Apostolskiej w kwestii liturgii mszalnej schizmatyckiego Kościoła chaldejskiego, zawierającej anaforę Addai i Mari, w której nie występują słowa konsekracji. A jednak Rzym twierdzi, że ta Msza jest ważna. Powiedziałem władzom rzymskim, że taka deklaracja podkopuje całkowicie katolicką sakramentologię. Wiecie, co mi odpowiedziano? „Ten dokument nie ma rangi Magisterium”. A jednak stwierdza on, że ta „Msza” – która w istocie nie jest Mszą – jest ważna, pomimo że nie zawiera słów konsekracji. A zatem, kiedy ktoś wyraża zastrzeżenia, Kongregacja Nauki Wiary odpowiada, że [jej stanowisko] nie należy do Magisterium. Czymże więc jest ten dokument, jeśli nie częścią Magisterium? Odpowiedziano mi, że nie zostało to ogłoszone przez żaden organ władzy nauczycielskiej, ale przez „Radę” (Papieską Radę ds. Popierania Jedności Chrześcijan – przyp. tłum).

Inny przykład: deklaracja z Balamand. Jest to deklaracja ułożona przez pewnych kardynałów będących delegatami Stolicy Apostolskiej oraz przedstawicieli prawosławia. Kościół zobowiązał się w niej do nienawracania prawosławnych. Co więcej, potępił próby ich nawracania, które nazywa zjawiskiem „uniatyzmu”. I znów odpowiedź Stolicy Apostolskiej brzmiała: „To nie jest akt Magisterium”. A zupełnie niedawno kard. Koch ogłosił dokument dotyczący stosunków z żydami. Jest to przerażający tekst, całkowicie heretycki, który stwierdza, że żydzi mogą dostąpić zbawienia bez pośrednictwa Chrystusa. Pismo św. uczy nas jednak czegoś dokładnie przeciwnego, a sam pierwszy papież, św. Piotr, mówił do żydów: „Nie ma bowiem innego imienia pod niebem, danego ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4, 12). Innymi słowy, nie ma innego środka zbawienia poza naszym Panem Jezusem Chrystusem. Kard. Koch uważa jednak, że wolno jest głosić tezy wprost przeciwne. A równocześnie sam stwierdza wyraźnie (we wstępie): „Nie jest to nauczanie doktrynalne”.

O co im jednak w takim razie chodzi? Ci ludzie nauczają, twierdząc zarazem, że nie jest to wcale element Magisterium – co wywołuje powszechną dezorientację. Jest to zjawisko całkowicie nowe… Do tej pory dla każdego katolika było zupełnie oczywiste, że kiedy Rzym przemawia: Roma locuta, causa finita. Rzym zabiera głos, Rzym naucza – i koniec dyskusji. A obecnie mówi się nam, że nie, że ma to być „punkt wyjścia do dalszej dyskusji teologicznej”. W wielu ze swych encyklik Jan Paweł II pisał nawet o „refleksjach”. Nie jest to już nauczanie, ale „refleksje”.

Wspominam o tych przykładach aby pokazać, w jakiej sytuacji się obecnie znajdujemy. Rozmowy doktrynalne trwają i stają się coraz bardziej interesujące, ponieważ władze rzymskie zaczynają poszerzać zakres dyskusji. Do tej pory powtarzano nam w kółko: „Musicie być posłuszni”. Przedstawiano nam pewne nauczanie, a następnie mówiono: „Macie się temu podporządkować”. I nagle ich postawa się zmieniła. Myślę, że zostali do tego zmuszeni – co można wywnioskować na podstawie słów abp Pozzo – zostali do tego zmuszeni przez katastrofalną sytuację, przez powszechną dezorientację, która panuje nawet w Rzymie. Zostali zmuszeni do ustępstw. Nie mogą już trwać przy swych żądaniach, ponieważ widzą, że nie przynosi to żadnego skutku. W tym miejscu przypominają mi się słowa kard. Müllera z 2014 r. Powiedział nam wówczas: „Zmuszacie Kongregację Nauki Wiary, żeby poświęcała wam swój cenny czas, podczas gdy Kościół zmaga się poważnymi problemami”. To interesujące, a jednak to dokładnie usiłujemy im przez cały czas uzmysłowić! I nagle przyznają, że rzeczywiście istnieją poważne problemy. Tak więc mówią sobie: „Problem, jaki stwarza to Bractwo, nie jest wcale taki wielki”. Są jednak zirytowani, ponieważ mówimy im: „To wy stanowicie problem”. Nie wiedzą już, jak sobie z nami poradzić, tak więc idą na ustępstwa. Dokąd to wszystko doprowadzi? Wkrótce zobaczymy. Myślę jednak, że obecnie sytuacja jest tak katastrofalna, że wywołuje to nadzwyczaj interesującą reakcję. Na kilku poziomach.

Po pierwsze, na poziomie dialogu – wszyscy wydelegowani przez Rzym biskupi prowadzący z nami w ciągu ostatnich dwóch lat rozmowy mówili nam, że kwestie kontrowersyjne – zawsze te same – są „kwestiami otwartymi”. Wszyscy to powtarzali, włączając kardynałów. Sformułowanie „kwestie otwarte” oznacza, że można nad nimi dyskutować. Tak więc akceptacja tych punktów nie jest już postrzegana jako obligatoryjna. I dyskusje przynoszą owoce. Są one póki co słabo dostrzegalne, ponieważ dokonuje się to na poziomie refleksji teologicznej i z pewnością wymaga to czasu. Powoli jednak zmierza to w kierunku, o którym przed chwilą wspomniałem. Niektóre stwierdzenia poczynione przez abp. Pozzo mogą być interpretowane w tym sensie, że pragnął on wykorzystać te dyskusje, aby spróbować skorygować obecny kurs [w Kościele]. Nie ma jednak odwagi powiedzieć tego głośno, gdyż większość podąża w kierunku dokładnie przeciwnym.

Nieoczekiwane wsparcie

Ponadto niektórzy kardynałowie zaczynają otwarcie wyrażać sprzeciw odnośnie do niektórych posunięć papieża, zwłaszcza jego nauczania w kwestiach moralnych – dotyczących małżeństwa i Komunii św. dla osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Niektórzy z nich jasno i otwarcie zadeklarowali, że nie zastosują się (do tych nowych dyrektyw – przyp. tłum.), stwierdzając: „Nie, nie wprowadzimy tego”. Także niektórzy biskupi afrykańscy jednoznacznie zadeklarowali, że (na terenie ich diecezji – przyp. tłum.) nie ma mowy o udzielaniu Komunii rozwodnikom żyjącym w nowych związkach. Mamy więc do czynienia z opieraniem się najwyższej władzy [w Kościele], a więc dokładnie tym samym, co my sami robiliśmy przez 50 lat. Staje się to nadzwyczaj ciekawe. Nie jesteśmy już jedynymi.

Są też tacy, którzy nam mówią: „Uważajcie! Jeśli zawrzecie porozumienie, po jego zawarciu zamkną wam usta”. To już jednak passé. Czas milczenia minął bezpowrotnie. Dziś są również inni, którzy także nie wahają się mówić. Nie jesteśmy już jedynymi. Nie mamy już monopolu na protesty. Na razie tych osób nie ma zbyt wiele, ale ich liczba stale wzrasta. Od czasu do czasu otrzymuję też listy, jak np. ten. Przytoczę go po angielsku, ponieważ zawiera metaforę: „Stick to your guns. Always stick to your guns” (‘nie porzucajcie waszych strzelb’ – przyp. tłum.). Innymi słowy: nie ustępujcie. „Walczcie. I nie idźcie na żaden kompromis – odrzucając idee, które nie należą w istocie do depozytu wiary: ideę wolności religijnej, ekumenizmu, dialogu z religiami niechrześcijańskimi. Wielu z nas, należących do hierarchii, podziela Wasze stanowisko w tych kwestiach”. Napisał to do mnie pewien biskup. Nie pisze „ja”, pisze, że jest „nas” wielu. Napisał też pod naszym adresem wiele pochlebnych słów, których nie wypada tu przytaczać, ogólny sens jest jednak taki: „Odczuwamy potrzebę, żeby ktoś wyjaśnił nam zakres wolności, jaką mamy w akceptacji tych idei”. Napisał też, że Kościół, będący nauczycielem prawdy, zagubił się obecnie w dwuznacznościach. „Pomóżcie nam”. I jeszcze dalej: „Nie rezygnujcie z niczego, róbcie to, co robicie; potrzebujemy tego”. To coś nowego. Nigdy w przeszłości nie mieliśmy do czynienia z czymś podobnym. Biskupi zwykli mówić nam: „Oczywiście istnieją problemy, jednak ostatecznie…”. A oto teraz apeluje się do nas: „Stawiajcie opór, potrzebujemy tego”. W istocie ci ludzie nie mówią tego zbyt głośno, bowiem wiedzą bardzo dobrze, że tym samym sami wydaliby na siebie wyrok.

Pracują jednak po cichu, starają się przywrócić [należne] miejsce starej Mszy, jak pewien arcybiskup, który napisał do mnie: „Mam [w mojej diecezji] całą generację księży, która jest bezpowrotnie stracona. Nie da się ich w żaden sposób zmienić. Co więc mogę [w tej sytuacji] uczynić? Troszczę się o odpowiednią formację młodych”. I podał mi dwa środki: podstawą kapłańskiej formacji teologicznej musi być Suma św. Tomasza, zaś formacji duchowej, liturgicznej – stara Msza. Nie wymieniam tu nazwisk tych prałatów, jako że nie chcemy im zaszkodzić, jest ich jednak kilku. Sam poznałem niektórych z nich przypadkowo – i rzeczywiście jest ich trochę. I są to młodzi biskupi! Niektórzy z nich zostali mianowani przez papieża Franciszka! Nie jest więc tak, że mianuje on wyłącznie ludzi nieodpowiednich! Jego decyzje w tej sferze są niespójne, podobnie jak wszystko, co mówi i robi, co również przyczyniło się do pogłębienia powszechnej dezorientacji. Jest jednak ważne, że taka reakcja rzeczywiście się rodzi – i pewien jestem, że nie da się już tego powstrzymać. Dlaczego? Ponieważ ci biskupi widzą, gdzie jest prawda – i nie dadzą za wygraną. Są poirytowani, są pozbawieni swobody działania, ponieważ są zmuszeni funkcjonować w ramach systemu, ale już nie ustąpią. Podobnie jest w przypadku kapłanów, którzy odkryli starą Mszę – będą oni robili co tylko w ich mocy. Są nękani, izolowani – ale już się tego nie wyrzekną. Są to potyczki, które zostały wygrane.

Kontynuacja walki przy wykorzystaniu środków nadprzyrodzonych

Wciąż jeszcze czekają nas poważne batalie. Nie wolno nam jednak popadać w zniechęcenie, choć potworny kataklizm, którego jesteśmy świadkami, mógłby nas rzeczywiście doprowadzić do utraty nadziei. Kościół jest Kościołem Bożym; stał się co prawda obecnie bezprecedensowym polem walki, widzimy jednak – na przykładzie czterdziestoletniej historii naszego Bractwa – jak bardzo dobry Bóg nam pomaga. Jak bardzo wspiera nas, jak bardzo nam błogosławi, pomimo wszystkich doczesnych niedoli oraz prób, jakich możemy doświadczać z rąk innych. Pomimo wszystko dobry Bóg jest tu: pomimo tych wszystkich doświadczeń wciąż trwa ta wiara i to [prowadzone przez nas] dzieło wiary, które wciąż się rozrasta. Pomimo tego wszystkiego kontynuujemy naszą walkę, spokojnie, wytrwale, w naszej codziennej pracy. I apeluję do was, żebyście w dalszym ciągu podążali tą drogą. Bez wątpienia sytuacja, w jakiej znajduje się Kościół, jest bardzo poważna. Musicie też trwać niewzruszenie przy [nauce zawartej w] dokumentach, która jest prawdziwie zdrowa i święta. Przy nauczaniu wszystkich encyklik ogłoszonych przez papieży przed soborem. Jest to pokarm duchowy, który uchroni was przed błędami, jakie szerzą się dziś wszędzie. To wręcz niewiarygodne, jak szalone tezy są obecnie głoszone, i to dosłownie wszędzie. Patrząc na to po ludzku, można by wątpić, czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji. Nie mamy tu jednak do czynienia z walką o wymiarze czysto ludzkim, a naszym orężem są środki nadprzyrodzone. Zaprawdę, jeśli Bractwo wciąż jeszcze istnieje i nadal prowadzi swe dzieło, to dzieje się tak właśnie z tego powodu, że polega na środkach nadprzyrodzonych, a przede wszystkim – z czego wszyscy zdajemy sobie sprawę – na Mszy oraz na wstawiennictwie Najświętszej Maryi Panny. Te dwa elementy są niejako skarbami, które przekazał nam abp Lefebvre. Msza św., kapłaństwo, całkowite podporządkowanie się władzy Chrystusa Pana (czyli uznanie Jego społecznego panowania), a także nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. I nie ulega wątpliwości, że jeśli w dalszym ciągu będziemy się opierać na tych fundamentach, będziemy na właściwej drodze. Nie musimy się martwić, dobry Bóg jest z nami. Daje nam to odczuć każdego dnia. Musimy jedynie wytrwać.

Nie zaprzątajcie sobie bez przerwy głów pytaniami w rodzaju: „Czy porozumienie zostanie zawarte, czy nie?”. Osobiście nie potrafię tego przewidzieć. Zobaczymy! Wiem natomiast, że – z pomocą Bożą – nie skapitulujemy. Oby zawsze raczył wspierać nas swą łaską! Widzimy jednak, że dzieło, które prowadziliśmy przez tak długi czas, zaczyna stopniowo przynosić owoce – niektórzy zaczynają uświadamiać sobie rozmiar obecnego kryzysu. Módlmy się w tej intencji. I na zakończenie pragnę wyrazić wielką wdzięczność abp. Lefebvre! Wszyscy mamy wobec niego dług wdzięczności i nie wolno nam zapominać o nim [w naszych modlitwach]. Dziękuję również wszystkim, którzy wspierają to dzieło, także wam, drodzy wierni.

środa, 21 grudnia 2016

Prof. Alice von Hildebran: Kościół został zinfiltrowany




Michael Voris w programie "The Vortex" (ChurchMilitant.tv) prezentuje fragmenty wywiadu z Alice von Hildebrand nt. infiltracji Kościoła Katolickiego przez Jego wrogów.

Aby włączyć polskie napisy, kliknij w ikonkę "Napisy".

wtorek, 6 grudnia 2016

Nieznany epizod z życia św. Mikołaja


W Roku Pańskim 325, podczas obrad Soboru Nicejskiego zdarzył się następujący wypadek. Cesarzowi Konstantynowi zależało, by zachować jedność chrześcijaństwa i przychylał się on raczej ku jego ariańskiej, czyli łatwiejszej dla ogarnięcia rozumem wersji. Władca zawezwał więc biskupów do azjatyckiej Nicei, by wypowiedzieli się na ten temat. Warto dodać, że zdecydowana większość hierarchów chciała się przychylić do cesarskiej woli "zarianizowania" chrześcijaństwa.

Pomiędzy zebranymi stanął Ariusz, heretycki kapłan z Aleksandrii i zaczął perorować: "Był taki czas, kiedy Logos (Chrystus) nie istniał, a więc nie jest równy Bogu Ojcu, a zatem Logos nie jest przedwieczny, nie jest Bogiem, jest tylko pierwszym ze stworzeń". Na te słowa poderwał się z ław Mikołaj biskup Miry i przed całym zgromadzeniem uderzył Ariusza w twarz tak, że aż tamten padł na ziemię... Był to moment przełomowy na soborze, ponieważ biskupi zdali sobie sprawę z tego, że nie wolno jest kupczyć prawdą, by przypodobać się komukolwiek, nawet samemu cesarzowi.

Wniosek z tej historii płynie taki: Dobroć nie polega na pobłażliwości w akceptowaniu wszelkich postaw i dopasowywaniu obiektywnej prawdy do zmiennych okoliczności. A świętym zostaje się nie tylko za dobre serce, ale również za odwagę z jaką broni się wiary.

Św. Bp Mikołaju z Miry - módl się za nami.

wtorek, 22 listopada 2016

Wywiad z J.E. x. bp Janem Pawłem Lengą na temat sytuacji współczesnego Kościoła


Zatrute owoce reformacji


Zatrute owoce reformacji

Historia Kościoła to nieustanna walka o własną wierność przesłaniu Chrystusa. Kryzys Kościoła czasów Lutra nie może jednak usprawiedliwiać herezji. Jeśli więc wspominając reformację chcemy cokolwiek świętować, powinniśmy świętować trydencką reakcję na Lutra, a nie bodziec, który tę reakcję wywołał – mówi prof. John C. Rao w wywiadzie dla „Radici Cristiane”

Papież Franciszek wziął udział w obchodach celebrujących „dary Reformacji”. Czy biorąc jednak pod uwagę ostatnie pięćset lat, możemy mówić o „darach”, jak triumfalistycznie napisano we wspólnym komunikacie Światowej Federacji Luterańskiej i Rady Papieskiej do spraw Popierania Jedności Chrześcijan?

Tylko ci, którzy nie czytali Lutra albo chcą ukryć prawdziwe znaczenie jego pism, mogą nazywać „darami” owoce, które wydał jego bunt.

Zacytuję angielskiego historyka Philipa Hughesa, który mówił, czym w rzeczywistości są owe „dary”. „To wszystkie siły antyintelektualne i antyinstytucjonalne, które gnębiły i przeszkadzały Kościołowi średniowiecznemu przez wieki, [...] a zostały wprowadzone i zinstytucjonalizowane w nowym chrześcijańskim Kościele zreformowanym: intronizacja woli jako ludzkiego nadrzędnego prawa, wrogość wobec działań intelektu w kwestiach duchowych i w doktrynie, ideał chrześcijańskiej perfekcji niezależnej od autorytatywnego nauczania Kościoła, ideał świętości osiągalnej tylko poprzez własne działania duchowe, odrzucenie obecności społecznej chrześcijaństwa i człowieka. Są to wszystko nieokrzesane i obskuranckie teorie, które wyrosły z niszczącego zadufania w sobie, wynikającego ze świadomie wybranej ignorancji”.

Ten „triumf woli” jest teraz celebrowany przez jego ofiary. Świętowany i traktowany jak zwycięstwo albo jak „prawdziwe przesłanie” Jezusa Chrystusa.

A jednak kardynał Kasper w swojej książce „Marcin Luter. Spojrzenie ekumeniczne” uznał działanie „ojca” Reformacji za „nową ewangelizację”...

Ta „nowa ewangelizacja” pozbawia swojej racji bytu i autorytetu wszystkie społeczeństwa, nadprzyrodzone i naturalne, powierza definiowanie przesłania Odkupienia i kontrolę życia ziemskiego irracjonalnym, ideologicznym i coraz bardziej materialistycznym wolom, które przechodzą od akceptacji chrześcijaństwa do deistycznego iluminizmu, a następnie do ateizmu teoretycznego lub praktycznego. Kradnąc zdanie historykowi Richardowi Gawthorpowi, powiem, że ta „nowa ewangelizacja” powoli stymulowała i usprawiedliwiała „prometejskie pożądanie władzy materialnej, służące jako napęd wspólny wszystkim nowożytnym kulturom zachodnim”.

Jest to więc owoc diabła.

Luter nie był jednak jedynym człowiekiem, który w czasie kryzysu Kościoła promował szkodliwe idee, byli też Zwingli, Kalwin...

Tak, ci i wielu innych, skłóconych ze sobą nawzajem. Konserwatywny na ich tle Luter, nie wydawał się doceniać konsekwencji logicznych wynikających z jego własnej doktryny. A zwolennicy reformacji musieli znaleźć sposób na doprowadzenie do dominacji własnego modelu protestantyzmu. Szybko odkryli więc, że muszą szukać pomocy w jakimś autorytecie społecznym: z pomocą Elektora Saksonii, innych książąt niemieckich, rad miejskich Szwajcarii, królów angielskich, szlachty holenderskiej, francuskiej, węgierskiej i (przynajmniej przez pewien okres) polskiej, użyli zwykłej siły, aby wprowadzić i utrzymać reformację. Ludność, a także wiele sił zaangażowanych w sprawę albo nie rozumiało, co się dzieje, albo zrozumiało to zbyt późno lub też zinterpretowało po swojemu. Różne wyznania protestanckie prowadziły więc wszędzie tam systematyczną i nieustanną propagandę. To pierwsze europejskie doświadczenie propagowania spójnej ideologii antykatolickiej.

Czy fakt, że w czasach Lutra Kościół nie zawsze był przykładem godnym naśladowania i dochodziło do wielu nadużyć, może usprawiedliwić powstanie herezji luterańskiej?

Niestety historia Kościoła to nieustanna walka o pozostawanie wiernym przesłaniu Jezusa Chrystusa. Od zawsze walczymy z niemoralnymi i antychrześcijańskimi pokusami, często promowanymi przez ich zwolenników jako zgodne z „prawdziwym chrześcijaństwem”. Tak więc Kościół, któremu przeciwstawił się Luter, nie był, ogólnie rzecz biorąc, przykładem do naśladowania i to była główna przyczyna sukcesu, który odniósł protestantyzm. Skorumpowani biskupi, w dodatku niedouczeni w kwestiach teologicznych, nie wiedzieli, co odpowiedzieć albo przechodzili na stronę protestancką po to, aby przejąć włości, którymi zarządzali i stać się zsekularyzowanymi luterańskimi książętami.

Ale przecież fakt, że ówczesny Kościół nie był modelem do naśladowania, nie oznaczał, że trzeba go było zniszczyć. Kryzys Kościoła, owszem, musi leżeć nam na sercu, ale w taki sposób, w jaki leżał na sercu tym, którzy postawili na autentyczną katolicką „reformację”. Byli to święta Katarzyna z Genui, święty Kajetan z Thieny, święty Ignacy Loyola i duża część episkopatu hiszpańskiego, po katolicku „zreformowanego” jeszcze przed Lutrem, i stanowiącego prawdziwy przykład do naśladowania.

Należy pamiętać, że nadużycia w Kościele zawsze są skutkiem oddalenia się od prawdziwej doktryny. A potworności protestantyzmu były czymś jeszcze gorszym – wynikiem uznania za prawdziwą doktryny totalnej i grzecznego podporządkowania się jej.

Mówiąc w skrócie - im lepszym jest się katolikiem, tym lepiej. Im lepszym protestantem, tym gorzej.

Uważa Pan, że Kościół katolicki ma co świętować z okazji 500 lat Lutra?

Można najwyżej świętować fakt, że Kościół, broniąc się przed tsunami Lutra i spółki, nauczył się pogłębiać swoją wiarę i lepiej ją przeżywać. Świętujmy więc reakcję na Lutra, reakcję trydencką, a nie bodziec, który tę reakcję wywołał, a którego nielogiczny rozwój uczynił z chrześcijaństwa kulturę arogancko indywidualistyczną, materialistyczną i w konsekwencji ateistyczną. Kulturę skazaną na śmierć przez naturalistyczny liberalny pluralizm, albo przez fałszywą religię.


John C. Rao to profesor historii na St. John’s University, dyrektor Roman Forum/Dietrich von Hildenbrand Institute, były przewodniczący Una Voce America i autor monumentalnego opracowania historii Kościoła „Black Legends and the Light of the World” [Czarne Legendy i Światło Świata].


Wywiad ukazał się w najnowszym, 118 numerze włoskiego magazynu "Radici Cristiane"


**********

Tekst udostępniamy za zgodą portalu 


gdzie został pierwotnie opublikowany


______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________