Pages

_____________________________________________________________________

_____________________________________________________________________

środa, 15 listopada 2017

Zapomniane prawdy: Msza św. nie jest spektaklem!



(...) dlaczego w pewnym momencie kapłan, który przewodniczy celebracji, mówi: „W górę serca?”. Nie mówi: „w górę nasze telefony komórkowe!”, żeby zrobić zdjęcie. Nie! To straszne! Jestem bardzo smutny, kiedy celebruję Mszę św. tutaj na placu, albo w bazylice i widzę wiele telefonów komórkowych wzniesionych w górę. Nie tylko wiernych, ale także niektórych księży a nawet biskupów. Ależ proszę was: Msza św. nie jest spektaklem! To wyjście na spotkanie z męką i zmartwychwstaniem Pana. Dlatego kapłan mówi: „W górę serca!”. Co to znaczy? Zapamiętajcie – żadnych telefonów komórkowych!

papież Franciszek

Katecheza środowa z 8 listopada 2017 r.

Cyfrowa Biblioteka Katolickiego Tradycjonalisty: Kościół wiary naszej





KOŚCIÓŁ WIARY NASZEJ

KS. LUDWIK KÖSTERS SI

––––––––––

__________
Kościół wiary naszej (djvu, 23,5 Mb)

Program do otwierania plików djvu: DjVuBrowserPlugin.exe (exe, 15,4 Mb)
__________

Ludwik Kösters, Kościół wiary naszej. Poznań 1939. NACZELNY INSTYTUT AKCJI KATOLICKIEJ, str. 243+[I].

Szkoła w rękach reformatorów. Nagrania z konferencji, która odbyła się 17 maja 2014 r. na UKSW w Warszawie.



Nagrania z konferencji "Szkoła w rękach reformatorów", która odbyła się  17 maja 2014 na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Organizatorami konferencji byli: Sekcja Historii Filozofii UKSW, Wydział Studiów nad Rodziną UKSW i Fundacja Dobrej Edukacji Maximilianum. Patronat medialny nad konferencją objął „Nasz Dziennik".

IHS czy PAX? Przypomnienie w sprawie medalika św. Benedykta




Ze względu na powtarzające się wątpliwości dotyczące napisu „PAX” na medaliku św. Benedykta promowanym przez klasztor w Tyńcu i Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC, przypominamy parę podstawowych faktów:

1. Zastąpienie chrystogramu IHS słowem PAX nie wynika z żadnych antychrześcijańskich pobudek: wzór medalika, który jest popularyzowany, powstał w opactwie Beuron w XIX w. jako nowy projekt, choć nawiązujący do wcześniejszych wzorów, z okazji rocznicy istnienia opactwa Monte Cassino. Autorzy medalika zdecydowali się na umieszczenie na nim słowa, które funkcjonuje jako nieoficjalna dewiza zakonu benedyktynów: pax, czyli ‚pokój’. Najlepiej wyrażają to słowa Prologu Reguły, gdzie cytowany jest Psalm 34[33]: rzecze ci Bóg: „Skoro chcesz mieć prawdziwe i wieczne życie, powściągnij swój język od złego, od słów podstępnych twe wargi. Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim„. PAX na medaliku św. Benedykta to powtórzenie słów Boga skierowanych do każdego chrześcijanina, wzywających do poszukiwania pokoju. Z pewnością nie służą temu krzywdzące teorie spiskowe, sugerujące, iż ten model medalika jest nieortodoksyjny.

2. Warto pamiętać, że benedyktyni beurońscy mogli mieć dobre powody, by zastąpić monogram IHS słowem PAX. Sam monogram bowiem powstał najprawdopodobniej wskutek błędnego przepisywania greckich liter IHC, tworzących w greckiej pisowni początek imienia Jezus (ΙΗΣΟΥΣ). Za samymi literami IHS nie kryją się więc słowa „Iesous Christos” (Christos przecież nie zaczyna się od samego „h”), ani tym bardziej sformułowanie Iesus Homini Salvator, „Jezus Zbawca Człowieka”, które zaczęto wiązać z tym chrystogramem dopiero setki lat po jego pojawieniu się.

3. Co więcej, w XIX w. znak IHS był już szeroko kojarzony przede wszystkim z jezuitami i zamienienie go słowem PAX mogło wiązać się z uszanowaniem praw Towarzystwa Jezusowego do tego chrystogramu. Znajduje się on w herbie obecnego papieża, który jest właśnie jezuitą.

4. Ponadto nie wolno zapomnieć, że dla chrześcijan nie ma pokoju bez Chrystusa: umieszczenie słowa PAX na medaliku musi odnosić do naszego Pana, który jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur: wrogość (Ef 2,14). O Nim mówi prorok Izajasz: Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9,5). Podkreślamy to, prosząc jednocześnie w imię Chrystusa, Księcia Pokoju, o nietworzenie zbędnych podziałów.

Jak podają benedyktyni tynieccy na swojej stronie:

By upewnić o słuszności naszych intencji i by sprawić, że medalik św. Benedykta stanie się jeszcze szerzej znany, w ofercie naszego wydawnictwa udostępniliśmy drewniany medalion ze starszym wzorem medalika – takim, na który pojawia się chrystogram IHS, tzw. karawakę. Jej oryginał znajduje się na łuku nad jedną z kaplic bocznych tynieckiego kościoła. Mamy nadzieję, że będzie to jasne potwierdzenie faktu, iż nie próbujemy zafałszować historii medalika i nie widzimy trudności w umieszczeniu monogramu IHS na samym medalu.

Dla tych, którzy jeszcze wątpią, udostępniamy także klip, w którym opat, o. Szymon Hiżycki, wyjaśnia symbolikę medalika.


Ks. Peter Einig: Usprawiedliwienie



Usprawiedliwienie (gr. dikaiosis, łac. justificatio) jest terminem teologicznym na oznaczenie, w znaczeniu czynnym, zbawczego aktu Bożego, którym człowiek ze stanu grzesznika przeniesiony zostaje do stanu sprawiedliwego, stanu łaski i przyjaźni Bożej; w znaczeniu biernym – usprawiedliwienie jest właśnie osiągnięciem tego stanu łaski ze strony grzesznika. Nauka o usprawiedliwieniu jest najważniejszą z całej teologii dogmatycznej, i jednocześnie zasadniczym punktem różnicy między katolicyzmem a protestantyzmem. Jak nauka o Piśmie świętym, – jako jedynym źródle i prawidle wiary (sola Scriptura) – jest pierwiastkiem formalnym protestantyzmu, tak nauka reformatorów o usprawiedliwieniu przez samą wiarę (sola fides) słusznie się zowie pierwiastkiem materialnym tegoż. Skąd nie dziw, że nauka o usprawiedliwieniu łącznie z nauką o zupełnej bierności człowieka podczas usprawiedliwienia przez samych reformatorów była uważaną jako cardo rerum, jako articulus stantis et cadentis ecclesiae. Najprzód podamy w krótkości naukę protestancką o usprawiedliwieniu, a później przeciwstawimy jej naukę Kościoła Świętego.

1. Protestancka nauka o usprawiedliwieniu

O usprawiedliwieniu przez samą wiarę, w tym znaczeniu, w jakim je podawali późniejsi protestanci, zdaje się, już za czasów św. Augustyna uczył, po neoplatońsku myślący, retor Victorinus w komentarzach na listy św. Pawła do Efezów, Galatów i Filipensów. Św. Augustyn twierdzi (De fide et operibus 14), że już za czasów apostolskich niektórzy, wskutek mylnego rozumienia słów Apostoła, wyprowadzali wniosek, że sama wiara wystarcza do zbawienia, i dodaje, że przeciwko tym błędom wystosowali swoje listy śś. Piotr, Jakub, Jan i Juda. Były to błędy pojedynczych osób. Dopiero Luter na nowo je wskrzesił i na ich podstawie uformował swój system o usprawiedliwieniu. Aby swą naukę uzasadnić, najprzód zarzucił on Kościołowi, – co później czynili i czynią inni teologowie protestanccy, nie wyłączając Harnacka (Dogmengeschichte III, Freib. 1890, 435), – że Kościół katolicki przecenia wartość i skuteczność ludzkich uczynków, a mocy i łaski Bożej niedocenia. W czym, niestety, nie mają słuszności. Bo chociaż pojedynczy teologowie ze szkoły nominalistów (jak Okkam, Durand, Biel) w tym względzie zawinili przesadą, to jednak Kościół i większość teologów, co nawet A. Ritschl (Christl. Lehre von der Rechtfertigung und Veröhnung I, 3 ed. Bonn 1889, 105 i 117) wyznaje, dalekimi byli od sprzyjania tej opinii. Właściwego powodu u Lutra do nowej nauki należy szukać w jego psychicznym stanie: mniemał on, że przez postawienie takiej zasady najpewniej uspokoi niepokojące go sumienie. Człowiek, pocieszał się Luter, skutkiem grzechu pierworodnego z gruntu został skażony, wszelkie wysiłki, podjęte w celu oczyszczenia i zbawienia się, są próżne i wobec Boga bez wartości; wola jest niewolną i sama z siebie do dobrego uczynku niezdolną, każdy mniemany dobry uczynek jest grzechem. Bóg daje człowiekowi już gotową sprawiedliwość, mianowicie swoją własną, czyli swego życia, Bogaczłowieka; nie w tym atoli znaczeniu, jakoby Bóg dawał człowiekowi na własność coś rzeczywistego, przez co ten stałby się sam w sobie innym, lecz Bóg tylko uznaje i oznajmia człowieka, który pozostaje grzesznym, za sprawiedliwego. Człowiek ze swojej strony nie potrzebuje i nie może nic więcej uczynić, krom tylko wierzyć i ufać, że Bóg dla zasług Jezusa Chrystusa grzechów mu jego nie poczyta i uznaje go za sprawiedliwego. Nawet i ufność sama nie jest właściwie dziełem człowieka, ale z jednej strony stanowi dar Boży, który Bóg daje temu, komu chce, i do otrzymania którego człowiek sam z siebie nic zdziałać nie może; a z drugiej strony jest ona "mechanicznym narzędziem, jakoby ręką do przyjmowania" sprawiedliwości Bożej; jako zaś etyczno-religijny czyn człowieka nie ma ona żadnego znaczenia. Wiara wystarcza do urzeczywistnienia usprawiedliwienia i ona sprawia tegoż trwałość. Jeśli mamy wiarę, jesteśmy pewni naszej sprawiedliwości; i tylko przez utratę pierwszej, a nie przez żaden grzech, utracamy drugą. "Więcej grzesz, i goręcej wierz, a bądź wesół w Chrystusie. Od Niego grzech nas nie oderwie, choćbyśmy tysiąckroć w dniu popełnili nieczystość lub zabójstwo" (Lutra list do Melanchtona, cf. Möhler, Symbolik § 16, tłum. bpa M. Nowodworskiego, Warsz. 1871). Usprawiedliwienie więc, podług Lutra, jest czysto zewnętrzne, i wszystkim, którzy ufają, właściwym i pewnym, a nadto, dopóki trwa ufność, nieutracalnym. Jest ono dalej we wszystkich ludziach jednakowe, gdyż polega na zewnętrznym przyczytaniu zawsze jednakowej sprawiedliwości Chrystusowej. Wszyscy zatem chrześcijanie są równie wielkimi, jak Matka Boża, i równie świętymi (Lutra kazanie o narodzeniu Maryi, cf. Werke XV, Frankf. 1870, 496). W pojedynczych szczegółach nauki o usprawiedliwieniu różnili się od Lutra już jego pierwsi adherenci, jak np. tzw. synergiści na czele z Melanchtonem (zob.), który w dziele usprawiedliwienia i uświęcenia przypuszczał współdziałanie ludzkiej woli z Bogiem, i przeciwną naukę Lutra nazywał manichaea imaginatio i horribile mendacium (Loci, ed. Basil. 1558, 88). Lecz "formuła zgody" potępiła synergizm (zob.) i luterska nauka pozostała do dziś urzędową nauką luteranów. Tylko reformowani, dzięki swej nauce o bezwzględnym przeznaczeniu, – podług której wieczny los każdego przedwiecznym wyrokiem Bożym jest zdecydowany, – mogli nie wiedzieć o pewności zbawienia wszystkich, którzy wierzą. Pietyści, a bardziej metodyści mniemali, że tę pewność zbawienia uczuwają wewnątrz swego sumienia, nie bacząc, że poddają się wybrykom chimernej fantazji. Naturalnie przeciwko takiemu szkodliwemu dla moralności pojmowaniu usprawiedliwienia, musiała powstać reakcja. Pierwszymi tej przedstawicielami byli socynianie (zob.); zaprzeczyli oni grzechu pierworodnego, a wiarę usprawiedliwiającą sprowadzili do podobającego się Bogu wewnętrznego stanu duszy. To samo uczynił racjonalistyczny protestantyzm, nie wyłączając Schleiermachera, dla którego usprawiedliwienie jest niczym innym, jeno zmianą świadomości o naszym prawnym stosunku do Boga; podobnie A. Ritschl, który naukę protestancką tym uzupełnił, że pewność o usprawiedliwieniu w pojedynczych jednostkach zasadzał na świadomości osobistej o swej przynależności do gminy. – Niektórzy protestanci w nauce o usprawiedliwieniu odróżniali usprawiedliwienie od uświęcenia; ale i ostatnie jednak nie mniej jak pierwsze zasadzali na zewnętrznym przyczytaniu świętości Chrystusa bez wewnętrznej zmiany w człowieku. Harnack zowie tę dystynkcję "mądrością epigonów" (Dogmengesch. III, 716). Z zasad wyłożonej dotychczas nauki protestanckiej o usprawiedliwieniu logicznie, jako wniosek, wypływa inna, że dobre uczynki, których w usprawiedliwionym naturalnie nie brak, z wymaganiem i postępem wewnętrznej sprawiedliwości i świętości człowieka, wobec Boga i żywota wiecznego, nic nie mają wspólnego; skąd znowu wychylają się dwa nowe wnioski: 1) zasadniczy rozdział między religijnością a moralnością, który jest charakterystyczną cechą protestantyzmu w odróżnieniu go od katolicyzmu; 2) obniżenie i zaniedbywanie dobrych uczynków wpośród protestantów, na co już sami reformatorowie się skarżyli. Dwie te nieubłagane konsekwencje protestanckiej nauki raziły niektórych, poważniej myślących, teologów, jak Schleiermachera i Hengstenberga, którzy usiłowali naukę Lutra na tych punktach poprawić, czyniąc usprawiedliwienie zależnym od pokuty i odrodzenia się, tj. od podmiotowych zmian usprawiedliwiającego się grzesznika. Za co ich spotkała nagana, że się zbliżają do nauki Kościoła katolickiego (Dorner, Gesch. der protest. Theologie, Münch. 1867, 583), lub że wpadli na "łożysko trydenckie" (H. Schmidt w Real-Encykl. für protest. Theologie XII, 2 ed. 577). Wytykano im nawet odstąpienie od zasad ewangelickiej nauki a dążenie ku rzymskiej nauce.

2. Katolicka nauka o usprawiedliwieniu

Katolicka nauka o usprawiedliwieniu znalazła swój dokładny wyraz w dekrecie Soboru Trydenckiego de justificatione na 6 posiedzeniu. Harnack nawet (Dogmengesch. III, 605) stwierdza, że "dekret o usprawiedliwieniu pod wielu względami znakomicie jest opracowany; i wątpić się godzi, czy reformacja rozwinęłaby się, jeśliby ten dekret był wydany np. na Soborze Lateraneńskim i w ciało i krew Kościoła rzeczywiście się zamienił". Obejmuje ten dekret 16 rozdziałów i 33 kanony. Treść dekretu już była rozebrana w art. Łaska, tu tylko w krótkości zastanowimy się nad niektórymi punktami (zob. Łaska, "Encyklopedia Kościelna" XII, 557).

a) Co do przygotowania do usprawiedliwienia. Cała nauka, dotycząca przygotowania, da się streścić w tych słowach św. Augustyna: Qui fecit te sine te, non te justificat sine te(Sermo 169 (al. 15), 13 do verbis Apost.). Bóg tylko nas usprawiedliwia, ale nie bez naszego współdziałania. Aby tę zasadniczą prawdę wykazać, Sobór Trydencki wyjaśnia najprzód zupełną niezdolność wszystkich dzieci Adamowych, dotkniętych grzechem pierworodnym, uwolnienia się za pomocą sił przyrodzonych, lub zakonu Mojżeszowego, od jarzma grzechu, czarta i śmierci. Tylko Bóg może ich oswobodzić: w tym celu przysłał swego Syna, Jezusa Chrystusa, jako Zbawiciela i Pośrednika (rozdz. 2). Ze strony jednak człowieka konieczna jest, aby w Chrystusie i przez zasługi Jego męki odrodził się (rozdz. 3). Usprawiedliwienie więc jest to przeniesienie człowieka ze stanu grzesznego Adama do stanu łaski i synostwa Bożego za pośrednictwem drugiego Adama-Chrystusa, i dokonywa się w Nowym Testamencie przez wodę odrodzenia czyli Chrzest św. (rozdz. 4). Dla niemowląt wystarcza samo przyjęcie sakramentu, lecz to niedostateczne jest dla dorosłych. Od ostatnich Bóg wymaga współdziałania woli i to w dwojakim kierunku: przez odwrócenie się od grzechu a oddanie się Bogu. Już w 1 rozdz. Sobór wyraźnie podnosi, że przez grzech pierworodny wolność woli bynajmniej nie została zniweczona. Ale wola przy swym współdziałaniu nie jest zostawiona sama sobie; sama ona nie jest zdolna niczego uczynić w porządku nadprzyrodzonym zbawienia (zob. Łaska); wspiera ją w współdziałaniu łaska, która poprzedzając ją i towarzysząc jej światłem Boskim, oświeca rozum i Boską mocą skłania samą wolę. Takim współdziałaniem dorośli winni się przygotować do usprawiedliwienia: ut (peccatores) gratiae libere assentiendo et cooperando disponantur, ita ut tangente Deo cor hominis... neque homo ipse nihil omnino agat inspirationem illam recipiens, quippe qui illam et abicere potest, neque tamen sine gratia Dei movere se ad justitiam coram illo libera sua voluntate possit (rozdz. 5). Ta podwójna działalność naszej woli, zawiera następujące akty (rozdz. 6). Pierwszym aktem jest wiara, którą grzesznik, przez łaskę Bożą pobudzony i wsparty, w sobie obudza i przez którą się ku Bogu zwraca, mocno za prawdę utrzymując to wszystko, co Bóg objawił i przyobiecał, zwłaszcza tę prawdę, że Bóg grzesznika usprawiedliwia przez swą łaskę i odkupienie w Chrystusie; z wiary tej, przez rozważanie grzechów, powstaje bojaźń sprawiedliwości Bożej, ale dzięki pamięci na miłosierdzie Boże rodzi się nadzieja i ufność w przebaczenie, dla zasług Chrystusowych; następnie wytryska początek miłości Boga, nienawiść i wstręt do grzechu, oraz postanowienie poprawy życia i przyjęcia przez Boga ustanowionego ku usprawiedliwieniu środka zbawienia – Chrztu św. (względnie pokuty). Ten psychologiczny proces i przygotowanie do usprawiedliwienia zwykle dokonywa się powoli, przez rozmaite akty, może jednak dokonać się nagle, jak np. w Szawle; wówczas łaska, na podstawie wiary, bezpośrednio pobudza grzesznika do doskonałej miłości Boga i skruchy. Należy jednak pamiętać, że wszystkie te akty, jakkolwiekby one były doskonałe, wcale nie są przyczyną sprawczą (causa efficiens) usprawiedliwienia; sam Bóg jest sprawcą przez wlanie łaski uświęcającej do duszy grzesznika, należycie przygotowanego. Te zaś akty stanowią właśnie ono przygotowanie, one przysposabiają mającą być usprawiedliwioną duszę i formują tylko causa materialis (przyczynę materialną) usprawiedliwienia. Co się tyczy ich wewnętrznej wartości, to godzi się zaznaczyć, że o właściwej ich zasłudze (meritum condignum) mowy być nie może; ta bowiem przypuszcza już w duszy stan łaski uświęcającej, a zatem stan duszy po dostąpieniu usprawiedliwienia; będąc zaś moralnie dobrymi i przez łaskę czynną, która je wzbudza i im towarzyszy, nadprzyrodzonymi, jako takie na pewno wobec Boga posiadają wielką cenę. Co się tyczy usposobienia do usprawiedliwienia, należy jeszcze dodać o pierwszym jego akcie, o usprawiedliwiającej wierze. Pominąwszy to, że reformatorowie wiary, jako aktu człowieka, nie uznają za właściwe usposobienie do usprawiedliwienia, ale tylko uważają ją jako organ czyli narząd mechaniczny do przyjęcia usprawiedliwienia, dopuszczają się oni dwu jeszcze błędów względem tejże wiary, z których jeden dotyczy natury wiary, a drugi jej konieczności. Wiara usprawiedliwiająca, podług nauki reformatorów, jest ufną nadzieją grzesznika (fides specialis), że dla zasług Chrystusa od Boga dostąpią usprawiedliwienia, i ta ufność jest jedynym warunkiem usprawiedliwienia. Przeciwko czemu Sobór Trydencki postanowił: wiara usprawiedliwiająca nie jest samą ufnością, i sama wiara nie wystarcza (can. 12 i 9). Wiara usprawiedliwiająca nie jest samą ufnością, ale przede wszystkim mocnym uznaniem za prawdę objawionych prawd zbawienia, czyli, jak Innocenty XI i Sobór Watykański (ses. III, Const. Dei Filius c. 3) wyjaśnili, w ścisłym znaczeniu wiarą teologiczną. Okazuje się to z tych miejsc Pisma św., w których akt usprawiedliwiającej wiary jest przedstawiony nie jako akt woli, ale rozumu (pistei nooumen, Hebr. 11, 3), a przedmiotem jego ewangelia św. (Marc. 16, 15; Rom. 1, 16), wcielenie Syna Bożego, Bóstwo Chrystusa (Joan. 3, 16; 20, 31; Act. 8, 35), zmartwychwstanie Chrystusa (Rom. 10, 9), istnienie Boga i Boskiej Opatrzności (cf. Hebr. 11, 1). Nadto wiara, jakkolwiek jest nieodzowną do usprawiedliwienia, gdyż jest jego zaczątkiem, fundamentem i korzeniem (Trid. l. c. c. 8), to jednak sama bynajmniej nie wystarcza; dowodzą tego nie tylko te miejsca Pisma św., w których do usprawiedliwienia obok wiary wymagane są akty innych cnót, np. bojaźni (Eccli. 1, 27), miłości (1 Joan. 3, 14; Luc. 7, 47), pokuty (Joel 2, 12; Act.2, 38), jałmużny (Tob. 12, 9), obmycie wodą odrodzenia (Tit. 3, 5), lecz zwłaszcza te ustępy, w których jest wyraźna wzmianka, iż wiara bez uczynków jest niewystarczającą, jak np. ustęp św. Pawła w liście do Galatów (5, 6): In Christo Jesu neque circumcisio aliquid valet, neque praeputium, sed fides, quae per caritatem operatur; lub św. Jakuba (2, 24. 26): Ex operibus justificatur homo et non ex fide tantum... Fides sine operibus mortua est. Luter dla tego list św. Jakuba nazwał "listem słomianym", gdyż ten, jak przywiedzione słowa świadczą, obalał jego naukę o usprawiedliwieniu przez "samą wiarę" (Theol. Studien u. Krit. 1893, 595). I najbezpodstawniej Luter stawia w sprzeczności list św. Jakuba z listem św. Pawła do Rzymian (3, 28), gdzie jest mowa, że człowiek zostaje "usprawiedliwiony przez wiarę bez uczynków zakonu". Św. Paweł mówi tu o uczynkach starego zakonu, o żydowskiej sprawiedliwości zakonnej, która nie zasługiwała na usprawiedliwienie chrześcijańskie, a św. Jakub, z aluzją do fałszywych wniosków, jakie już wówczas ze słów Pawłowych kacerze snuli (św. Aug. De fide et oper. 14), zwalcza sprawiedliwość, opartą na samej wierze, bez dobrych uczynków.

3. Przyczyna formalna usprawiedliwienia

Tylko na podstawie wyżej przedstawionego przygotowania, czyli dyspozycji wewnętrznej, uskutecznia się usprawiedliwienie. Sobór Trydencki tak je określa (l. c. rozdz. 7): Non est sola peccatorum remissio, sed et sanctificatio et renovatio interioris hominis per voluntariam susceptionem gratiae donorum. Usprawiedliwienie przeto zawiera odpuszczenie grzechów i wlanie wewnętrznej świętości. Dwa te pierwiastki nie mogą być oddzielane od siebie, ani tak pojmowane, jakoby najprzód następowało odpuszczenie grzechów, a następnie uświęcenie; co do czasu jeden pierwiastek nie wyprzedza drugiego, co do rzeczy samej uświęcenie poprzedza odpuszczenie grzechów. Obydwa pierwiastki mają jedną wspólną przyczynę formalną, dzięki obecności której obydwa następują. Jakaż tu więc przyczyna formalna? Causa finalis czyli przyczyna celowa usprawiedliwienia jest chwała Boża i nasze wieczne zbawienie; causa efficiens, czyli przyczyna sprawcza jest sam dobry i miłosierny Bóg; causa meritoria czyli zasługująca jest męka Chrystusa Pana; przyczyna narzędziowa (instrumentalis) jest sakrament Chrztu św.; przyczyna zaś formalna (causa formalis) jest sprawiedliwość Boża, nie ta, jaką sam Bóg jest sprawiedliwy, ale jaką nas czyni sprawiedliwymi. Unica formalis causa est justitia Dei, non qua ipse justus est, sed qua nos justos facit, qua videlicet ab eo donati renovamur spiritu mentis nostrae et non modo reputamur, sed vere justi nominamur et sumus, justitiam in nobis recipientes unusquisque secundum suam mensuram, quam Spiritus Sanctus partitur singulis prout vult et secundum propriam cujusque dispositionem et cooperationem. Dalej o tej przyczynie formalnej mówi Sobór Trydencki: Caritas Dei diffunditur in cordibus eorum qui justificantur, atque ipsis inhaeret, unde in ipsa justificatione cum remissione peccatorum haec omnia simul infusa accipit homo per Jesum Christum, cui inseritur, fidem, spem et caritatem. Z tego określenia przyczyny formalnej naszego usprawiedliwienia wypływają następujące prawdy:

a) To, przez co człowiek staje się usprawiedliwionym, nie jest, jak uczą protestanci, zewnątrz nas pozostający akt Boskiego usprawiedliwienia, ale dar łaski, przez Boga nam użyczony, wewnątrz nas przebywający i nas wewnętrznie przemieniający. Okazuje się to ze wszystkich tych miejsc Pisma św., w których nasze usprawiedliwienie jest oznaczone wyrazami: justificari (Rom. 3, 28), justos constitui (ib. 5, 19), renovari (Eph. 4, 23), renasci (Joan. 3, 5); wszystkie te terminy, widoczna, mówią o wewnętrznej przemianie i sprawiedliwości. Dalej z tych miejsc, gdzie usprawiedliwienie jest porównywane z grzechem pierworodnym (który i według protestantów dotyka ludzkiej istoty): sicut per inobedientiam unius hominis peccatores constituti sunt multi, ita et per unius obeditionem justi constituentur multi (Rom. 5, 19); stąd, gdzie Pismo św. wzywa, aby przywdziać nowego człowieka in justitia et sanctitate veritatis (Eph. 4, 24); gdzie jest mowa, że miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który nam jest dany (Rom. 6, 5); że Duch Święty sam w nas mieszka, a my zwani jesteśmy świątynią Ducha Świętego (Tit. 3, 6; 1 Cor. 3, 16); gdzie wreszcie powiedziano, że otrzymaliśmy przez Chrystusa największe i najkosztowniejsze dary, abyśmy przez nie stali się uczestnikami Boskiej natury (2 Petr. 1, 4).

b) To, przez co stajemy się sprawiedliwymi, jest nie tylko Boska wola, – jak Hermes a za nim niektórzy inni katoliccy teologowie utrzymywali, – darząca nas czynną łaską, ani sam stan moralnej dobroci i doskonałości, który przez praktykę cnót stopniowo osiągamy, lub którego człowiek bez swej woli nie osiąga (Kleutgen, Theol. der Vorzeit II, Münster 1854, 7 Abth.), lecz prawdziwy, przedmiotowy, przez Boga nam udzielony dar. Okazuje się to stąd, że akty cnót na otrzymanie usprawiedliwienia nie zasługują, a tym mniej je uskuteczniają; a także i stąd, że łaska usprawiedliwiająca jest jednaka tak w dorosłych, jak w dzieciach, które nie są zdolne przez praktyki cnót osiągnąć stanu moralnej doskonałości. Łaska usprawiedliwiająca nie polega na jednej lub kilku czynnych łaskach, lecz w odróżnieniu od tych jest łaską trwającą, habitualną. Według św. Tomasza (S. Th. 1, 2 q. 110, a. 2) jest bardzo stosownym, żeby Bóg, jak w porządku przyrodzonym, tak i w nadprzyrodzonym, przychodził z pomocą nie tylko w sposób chwilowy i przejściowy, ale także w sposób trwały, udzielając stałą, nieprzemijającą pomoc; stąd i usprawiedliwia nas przez łaskę stałą, hibitualną. Stałość łaski usprawiedliwiającej, jest dostatecznie wyrażona przez Ojców na Soborze Trydenckim słowem: inhaeret (cf. Pallavicino, Hist. Conc. Trid. 8, 14). To samo okazuje się najniewątpliwiej z poprzedniej uwagi o łasce usprawiedliwiającej dzieci; z pojęcia odrodzenia, które wyraża stan trwający, oraz z tych miejsc Pisma św. i Ojców, w których łaska uświęcająca przyrównywana jest do rzeczy, które ze swej istoty są trwałe, jak np. drogocenna szata (Is. 61, 10), zastaw (Eph. 1, 14), nasienie (1 Joan. 3, 9), pieczęć (2 Cor. 1, 22), światło (Eph. 5, 8), źródło żywej wody (Joan. 4, 14). W tymże sensie wyraża się św. Bazyli (De Spir. S. c. 26): "Jak sztuka w tym jest obecna, który się jej wyuczył, tak łaska Ducha Świętego jest w tym, komu przypadła w udziale: zawsze obecna, acz nie zawsze czynna". Należy przeto do zasad wiary świętej, że przyczyną formalną usprawiedliwienia jest łaska uświęcająca czy usprawiedliwiająca, będąca nadprzyrodzonym, od Boga nam udzielonym i w nas przebywającym darem. Przynajmniej teologicznie pewnym jest, że ta łaska od łaski uczynkowej jest różna, jest trwającą, habitualną, jak o tym Sobór Watykański w 18 rozdz. dogmatycznej konstytucji o Kościele określił: gratia sanctificans... non in praetereuntibus actibus constituitur, sed est permanens, supernaturale donum (Coll. Lac. VII, 517). Sobór Trydencki nie tylko wyjaśnił, że łaska uświęcająca jest formalną przyczyną usprawiedliwienia, lecz także określił, że jest ona jedyną przyczyną formalną. Stąd upada opinia, – którą zdaje się podtrzymywał Piotr Lombard (cf. Sum. Th. 2, 2 q. 23 a 2), – ucząca, że sprawiedliwość, przez którą stajemy się i jesteśmy usprawiedliwieni, jest samą niestworzoną sprawiedliwością Bożą, czyli osobą Ducha Świętego. Niektórzy teologowie chcieliby, żeby Duch Święty był formalną przyczyną, jeśli nie usprawiedliwienia, to przynajmniej szczególnej godności i doskonałości tegoż, jak Boskiego synostwa lub szczególnej świętości (Lessius, Petavius, Thomassinus, Hurter, Scheeben). Aczkolwiek Duchowi Świętemu, z powodu szczególnego pokrewieństwa, osobistych przymiotów (miłości, świętości, darów), szczególny stosunek ku naszemu usprawiedliwieniu i uświęceniu musi być (per appropriationem) przypisany i przez greckich Ojców ze szczególnym naciskiem jest uznawany, to jednak, z dekretem trydenckim, – który w każdym rodzaju usprawiedliwienia widzi uświęcenie i synostwo Boże, i w całkowitym usprawiedliwieniu uznaje tylko jedną przyczynę formalną (unica causa formalis), mianowicie stworzoną łaskę, – nie snadnie pogodzić, aby w miejsce tej łaski lub obok niej uznawać jeszcze drugą przyczynę formalną w osobie Ducha Świętego. Cf. o tej opinii Lessius, De summo bono 2, 1; De perfectionibus moribusque divinis 12, 11; Petavius, De Trinitate 8, 4; Thomassin, De Trinitate 8, 9; Hurter, Compendium theologiae dogmaticae III, 6 ed. Oenip. 1889, 162; Scheeben, Dogm. II, § 169; III, przedmowa; Katholik 1883, I, 142; II, 561; 1884, 1, 18; II, 465, 610, Przeciwko tej opinii cf. Zeitschrift f. k. Theologie (Innsbr. 1884, 283; 1883, 491; 693; 1884, 645; Katholik 1885, I, 107.

4. Skutki łaski uświęcającej

Skutki łaski uświęcającej lub inaczej usprawiedliwiającej są dwa: negatywny, którym jest grzechów odpuszczenie, i drugi pozytywny, uczestnictwo w Boskiej naturze, Boskim synostwie, obcowanie z Trójcą Przenajświętszą, osobliwie z Duchem Świętym, prawo do dziedzictwa na żywot wieczny i uzdolnienie do nabycia go przez dobre uczynki. O tych skutkach już była mowa w art. Łaska ("Encyklopedia Kościelna" XII, 559).

5. Przymioty usprawiedliwienia

Przymioty usprawiedliwienia łatwo oznaczyć z tego, cośmy powiedzieli. W przeciwieństwie do nauki reformatorów te zwłaszcza podniesiemy: nierówność, utracalność i niepewność łaski uświęcającej i samego usprawiedliwienia.

a) Łaska uświęcająca w rozmaitych osobach usprawiedliwionych jest nierówna i do wzrostu i powiększenia się zdolna. Tak określił Sobór Trydencki wobec błędnej nauki Lutra o zupełnej równości sprawiedliwości (ses. VI, c. 7, c. 24; cf. art. Łaska, Zasługa).

b) Łaska uświęcająca może być utracona i to nie tylko przez brak wiary i ufności, jak Luter uczy, ale przez każdy ciężki grzech. Co Sobór Trydencki wyraźnie określił (l. c. c. 23 i 27). Grzechy powszednie nie pociągają za sobą utraty łaski uświęcającej, choć ją ubocznie zmniejszają.

c) Bez szczególnego objawienia Bożego, nie jesteśmy tu na ziemi absolutnie pewni naszego usprawiedliwienia. Sobór Trydencki (l. c. c. 9) wobec utrzymywanej przez reformatorów pewności zbawienia, odrzucił pewność wiarową (certitudo fidei) co do naszej sprawiedliwości; a to z powodu naszej własnej ułomności i słabości (infirmitas et indispositio); a nadto wyłączył pewność, przez Ambrożego Kataryna, Vegę i Piotra Soto przypuszczaną, którą ma Duch Święty w sercach usprawiedliwionych sprawować, lub według której jesteśmy tak pewni swego usprawiedliwienia, jak jesteśmy pewni, że znajdujemy się w pewnym, określonym miejscu. Z powodu niepewności zbawienia, każe je Apostoł z bojaźnią i drżeniem sprawować (Phil. 2, 12), choć bez zbytniego trapienia się. Bo jakkolwiek nie posiadamy pewności zbawienia, jednakże, według nauki teologów, możemy mieć pewne prawdopodobieństwo (conjecturaliter per signa), świadomi, że Boga kochamy i cieszymy się Nim; rzeczy ziemskie mało cenimy, a sumienie grzechów ciężkich nie wyrzuca (S. Thom. S. Th. 1, 2 q. 112, a. 5). Cf. Möhler, Symbolika, tłum. bpa M. Nowodworskiego, § 10; Mazzella, De gratia Christi, Romae 1880; Satolli, De gratia Christi, Romae 1886; Einig, De gratia divina, Treve 1896, pars 2; Krogh-Tonning, Die Gnadenlehre u. die Stille Reformation, Christiania 1894.

Ks. Peter Einig

Artykuł z: "Encyklopedia Kościelna" podług teologicznej Encyklopedii Wetzera i Weltego z licznymi jej dopełnieniami przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez X. Michała Nowodworskiego. Tom XXIX. Tournely. – Uścicki. Warszawa 1907, ss. 606-613 (hasło: Usprawiedliwienie).

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Źródło informacji: Ultramontes.pl

wtorek, 14 listopada 2017

Recenzja książki "Luter. Ciemna strona rewolucji"





Kim był Marcin Luter? Reformatorem, który z miłości do prawdy wystąpił przeciw nadużyciom papiestwa? Czy rebeliantem, prekursorem późniejszych rewolucjonistów?

Książka Pawła Lisieckiego "Luter. Ciemna strona rewolucji" to ponad 300 stronicowy młot na protestantyzm. Pierwsze 50 stron to opis dokonującej się na naszych oczach protestantyzacji Kościoła. Autor na podstawie wypowiedzi papieża Franciszka i jego najbliższych współpracowników ukazuje nam nowy obraz Lutra jaki pojawia się w Kościele. Lutra nie heretyka, ale reformatora, nie buntownika ale wręcz nowego świętego. W tym kontekście nie powinny nas dziwić stwierdzenia, jakoby reformacja była lekarstwem dla Kościoła katolickiego w latach jego najgorszego upadku, i że przyniosła wyzwolenie i powrót do korzeni (Ewangelii), Luter zaś to renesansowy św. Franciszek. Konsekwencją tego typu myślenia jest ostatnia emisja poczty watykańskiej, która w związku z zakończeniem obchodów 500 lecia reformacji  wypuściła znaczek pocztowy przedstawiający dwóch herezjarchów Lutra i Melanchtona.

Lisicki przypomina także ubiegłoroczną wizytę papieża w Szwecji i jego spotkanie z panią „prymas Kościoła Szwecji” Antje Jackelén - popierającą najbardziej radykalne postulaty szwedzkiej lewicy, jaskrawo sprzeczne z dogmatami religii katolickiej. A gdy w tym kontekście wspomnimy jeszcze o tym, że papież nie miał zamiaru odprawiać podczas tej wizyty mszy dla katolickiej diaspory w Szwecji to nie może dziwić, że autor nie kryje swojego krytycznego stosunku względem dialogu ekumenicznego Stolicy Apostolskiej z protestantami, który prowadzi jak widać do wyjaławiania i fałszowania tradycji Kościoła Katolickiego.
(…) Papieżowi najwyraźniej nie przeszkadzał ani sam fakt – to, że modląc się jak równy z równym z panią prymas zachowywał się jakby uznawał jej urząd – ani też osobliwe, mówiąc delikatnie poglądy arcybiskupki Jackelen(…) Pani arcybiskupka, wspiera „śluby gejów”, uznaje „prawo kobiet do aborcji”, opowiada, że muzułmańscy terroryści nie różnią się od chrześcijańskich fundamentalistów – do licha ciężkiego, czy to jest właściwy partner, partnerka dla papieża w prowadzeniu wspólnych modlitw? (…)
Po takim wstępie autor przechodzi do omówienia fenomenu któremu na imię Marcin Luter. Przedstawia nam kolejne etapy jego życia, poczynając od omówienia jego powołania, kapłaństwa i jego życia zakonnego, jego pracy jako wykładowcy teologii, a także jego poglądów przed wystąpieniem w Wittenberdze, a także ewolucję, jaką przeszedł w kierunku odrzucenia instytucjonalnego Kościoła, roli dobrych uczynków, sakramentów oraz Tradycji Apostolskiej.

Dla osób, które znają Lutra z podręczników szkolnych czy biografii dostępnych w księgarniach czy ukazywanego nam przez współczesnych ekumenistów szokujące mogą być dość liczne cytaty z jego listów prywatnych jak i publicznych, fragmenty jego pism i broszur drukowanych po 1517 roku. Język mnicha, jest strasznie wulgarny a zajadłość i nienawiść dla Kościoła i swoich przeciwników nie ma chyba odpowiednika w historii. Nam się przedstawia tego ex-mnicha jako Ojca współczesnego języka niemieckiego. Czytajcie Lisieckiego a zobaczycie jakiego to ojca ma język niemiecki.

Kolejną ważną sprawą omówioną w książce jest, szczegółowa analiza sytuacji w Rzeszy Niemieckiej i samym Kościele rzymskim w XVI wieku. Autor choć nie ukrywa, że tamte czasy w Kościele nie były idealne a papieże mieli wiele na sumieniu pokazuje jednak, że duch reformy był obecny w Kościele a wystąpienie Lutra nie miało nic wspólnego z uzdrowieniem występującego zepsucia ale było chęcią oderwania Niemiec od Kościoła. Liczne interwencje teologów i największych umysłów tamtych czasów, ludzi, którzy próbowali z Lutrem prowadzić akademickie debaty, aby zachować jedność Kościoła były przez niego traktowane koniunkturalnie. Z jednej strony Luter prezentuje się jako wierny syn Kościoła zatroskany o czystość wiary a z drugiej mamy opętanego nienawiścią do Kościoła i papieża rewolucjonistę. Jednakże z bogatej korespondencji z tamtych lat, broszur i rycin propagandowych (wiele tych antykatolickich rycin jest reprodukowana w książce), wyłania się obraz reformatora jako człowieka całkowicie przekonanego o swoich poglądach. Luter, co wykazuje dobitnie Lisicki nie tylko na podstawie komentarzy katolickich teologów, ale także protestanckich badaczy, był w pełni świadom swoich posunięć oraz prowadzonej polityki nakłaniania do zerwania z Rzymem książąt niemieckich.

Niestety słabość papieża Leona X i jego następców, rzymska często błedna polityka wobec cesarzy niemieckich, a także zwykła opieszałość władców, którzy w buncie Lutra upatrywali własnych korzyści we współpracy z protestantami doprowadziło do oderwania sporej części Europy od Rzymu. 

Niezwykle cenna jest także opinia o skutkach reformacji, czyli tzw. owocach duchowych i moralnych w Europie. Współcześnie mówi się o „wartościach”, „pozytywnych aspektach” reformacji, podkreśla się zasługi reformatora oraz powtarza się bez końca, czego to Kościół Katolicki nie nauczył się dzięki wystąpieniu Lutra. Dla wielu wpółczesnych katolików reformacja była powrotem do korzeni chrześcijaństwa, była walką o prawdę, która została zatajona przez opieszały kler rzymski, zaś Marcin Luter wcale nie pragnął oderwania Niemiec od Rzymu, a sam wykazywał się głęboką pobożnością, zaś wojny wybuchłe na tle reformacji to niezamierzony rezultat dobrych pragnień reformatora.

Liczne przytoczone wypowiedzi Lutra, również relacje naocznych świadków, a także zamieszczone w książce ryciny z tamtych czasów dają spójny i jasny obraz reformacji a raczej rewolucji, jej genezy oraz przebiegu.

Żadnej politycznej poprawności i ekumenicznych bzdur. Zdrowe spojrzenie katolika na to czym jest/był protestantyzm. Książka o prawdziwej twarzy Marcina Lutra i o tym, czy obecne dążenie do jego rehabilitacji podyktowane jest dążeniem do prawdy czy też jest efektem zdrady.

Książka Pawła Lisieckiego to w tej chwili najlepsze opracowanie na temat Lutra i zapoczątkowanej przez niego Rewolucji w Polsce.


NAGRANIE Z PREZENTACJI KSIĄŻKI




WYWIAD Z AUTOREM KSIĄŻKI DLA PORTALU PCH24.PL

Mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i antychrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, gdy Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – biskupką w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa? - mówi Paweł Lisicki, autor książki „Luter. Ciemna strona rewolucji”, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.

Czy Marcin Luter był pierwszym niemieckim fuhrerem? Tak jak 400 lat później Hitler odpowiedzialność za niemiecką krzywdę zrzucał na Żydów, tak Luter całą odpowiedzialnością za niemieckie cierpienia obarczał papieża i Kościół katolicki.

Nie chciałbym stawiać tezy, że mamy do czynienia z prostym związkiem pomiędzy Lutrem a Hitlerem, ponieważ byłoby to nadużycie. Trzeba pamiętać, że w obecnej debacie ulubioną bronią lewicy jest tzw. reductio ad Hitlerum, czyli próba wykazania, że każdy, kogo się nie lubi, miał związki z tym moralnym potworem. Dostrzegam natomiast, przy całej różnicy, pewnego rodzaju powinowactwo duchowe obu tych postaci.

To co uderza w działaniach i doktrynie Lutra to kult samowoli i przekonanie, że człowiek sam nadaje prawo. Wola jest zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli popatrzymy na późniejszy rozwój myśli niemieckiej i źródła, z których czerpał Hitler i nazizm, to w oczywisty sposób zauważymy niczym nieograniczoną wiarę w kreacyjność ludzkiego ducha. Nie jest on niczemu poddany, sam nadaje sens wszystkiemu i sam narzuca wszelkie prawa. Wszystko to prezentował w XVI wieku Marcin Luter.

Podobnie to on przyczynił się do wyniesienia na piedestał germańskości. To za jego sprawą to, co niemieckie miało być antyrzymskie, antyłacińskie. Germańskość przeciwstawił duchowi łacińskiemu, a to musiało prowadzić do fascynacji pogaństwem, tym co barbarzyńskie. U Lutra mamy początek tego niebezpiecznego zwrotu ku barbarzyństwu i pogaństwu, które cechowało niemiecką myśl od końca XIX wieku. To było podglebie dla ruchu narodowych socjalistów, cała ta niezdrowa fascynacja pogaństwem, cała ta wrogość wobec chrześcijaństwa łacińskiego, które rzekomo próbowało okiełznać germańską bestię.

Dzieła augustianina są przesiąknięte obsesyjną nienawiścią do Kościoła katolickiego i w późniejszych latach również do Żydów. Dlaczego? Bo jedni i drudzy reprezentowali w jego oczach posłuszeństwo znienawidzonemu, zewnętrznemu prawu, któremu Luter przeciwstawia wyniesienie woli. Nic dziwnego, że antyżydowskie pisma Lutra tak chętnie wydawano w Niemczech po roku 1933.

Patrząc na życiorys Marcina Lutra można odnieść wrażenie, że człowiek ten od samego początku był skażony „diabelskim nasieniem”, na co niejednokrotnie zwraca Pan uwagę w swojej najnowszej książce „Luter. Ciemna strona rewolucji”. W którym momencie jego życia nastąpił najbardziej gwałtowny zwrot, któremu świat zawdzięcza „dary reformacji”?

Ten element diabelski, o którym musimy wypowiadać się z ostrożnością, ponieważ nikt nie dał nam prawa do stawiania takich twierdzeń, uderza już na pierwszy rzut oka.

Powstało na ten temat wiele teorii. Jedna z nich, (tradycyjna, protestancka) mówi, że Luter wstępował do klasztoru pełen dobrych chęci i dobrej woli, a tam zostało to całkowicie zniszczone w skutek rzekomo opresyjnego trybu życia prowadzonego przez zakonników. Jest to kompletna nieprawda.

Po pierwsze: w klasztorze obowiązywał okres nowicjatu, w czasie którego Luter mógł w każdej chwili zrezygnować z życia zakonnego.

Po drugie: jego kariera w zakonie pokazuje, że nie był w żaden sposób sekowany, czy prześladowany. Wręcz przeciwnie! W roku 1515 roku stał się on jedną z najważniejszych postaci życia zakonnego w Niemczech! Sam decydował o obsadzie wielu ważnych stanowisk, co bardzo pomogło mu, kiedy doszło do wybuchu konfliktu. Nie ma też sygnałów z czasów, kiedy był mnichem, które wskazywałyby na to, że Luter traktował życie zakonne jako opresję. Dopiero później, kiedy jest już reformatorem, zmienia mu się perspektywa.

To co uderza w postawie Lutra to straszliwie nakręcająca się i ciągle narastająca nienawiść do Kościoła. Czytając jego pisma od lat 20. XVI wieku zaczynając można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś maniakiem opętanym obsesją na punkcie papiestwa, Rzymu, tradycji kościelnej i tego wszystkiego, co Kościół reprezentował. Luter nie mówił o papiestwie, on chciał je zdruzgotać. Ilekroć zabierał głos w debacie na temat katolicyzmu, to wobec „papistów” wykazywał się taką gwałtownością i nienawiścią, że trudno nawet dzisiaj znaleźć podobną. Dziś powiedzielibyśmy, że był – co się tyczy stosunku do Rzymu – hejterem.

Nienawiść w Lutrze wzrasta wraz z rozwojem jego „doktryny”. Gdy rozpatrzymy tę „naukę” wyłącznie w kategoriach logiczno-racjonalnych, to natychmiast zauważymy jej absurdalność.

Oczywiście. Zadam proste pytanie: jak człowiek może się sam usprawiedliwić własną wiarą, jeśli jednocześnie ten sam człowiek jest do cna zepsuty i całkowicie pogrążony w stanie grzechu pierworodnego? To absurdalne: okazuje się, że w doktrynie pryncypialnie odrzucającej uczynki pozostawia się ten jeden jedyny, nieskażony – akt ufności w Chrystusa.

Pójdźmy dalej: jeśli człowiek jest totalnie skażony, to nie może zdobyć się również na żaden nieskażony akt. W związku z tym, jak może usprawiedliwiać się przed Bogiem? Jest to zupełnie nielogiczne! Pytanie brzmi: co we mnie, jaka cząstka, jaki podmiot może uwierzyć, skoro wszystko jest całkiem zdegenerowane? I Jeśli moja wolna wola jest całkiem martwa, dlaczego w tym jednym wypadku zdobywa się na życie? I czy to życie, ta wiara w ogóle jest „moja”, skoro nie jest w ogóle wolny? To po prostu nauka religijnej schizofrenii.

Dlaczego Leon X dopiero w 1521 roku „na poważnie” zareagował na szerzone przez Marcina Lutra herezje?

Miało na to wpływ kilka czynników.

Pierwszy jest dosyć łatwy do opisania. Chodzi o brak wyobraźni Leona X niezdającego sobie sprawy z ogromu niechęci, z jaką w coraz większym stopniu patrzono na działanie papiestwa w cesarstwie niemieckim.

Krótko mówiąc: następca św. Piotra źle rozpoznał, z czym w rzeczywistości ma do czynienia. W przypadku Lutra nie chodziło bowiem o kolejną doktryną religijną czy też krytykę Kościoła. Z tego typu problemami papiestwo miało bowiem do czynienia w przeszłości. Niemiecki augustianin w swojej nauce bardzo mocno odwoływał się do sentymentów narodowych, które w Niemczech z każdym kolejnym rokiem stawały się coraz silniejsze.

Po drugie: Leon X nie rozumiał skali teologicznego zagrożenia, jakie niosła w sobie „teologia” Lutra. Być może papież początkowo uważał ją po prostu za tradycyjną formę krytyki i nie zdawał sobie sprawy, że „nowa religia” przyniesie aż tak głębokie i aż tak niebezpieczne następstwa. Kościół był wewnętrznie osłabiony. Zakony były zeświecczone, panował w nich duch światowy. Biskupi byli bardziej świeckimi urzędnikami, a nie duszpasterzami, wielu zakonników faktycznie wiodło już życie światowe. Nauka Lutra uwalniała ich sumienia od poczucia winy.

Trzecia rzecz to czynniki polityczne.

Czynniki polityczne?

W roku 1518 do Leona X zwrócił się cesarz Maksymilian z propozycją wspólnej akcji przeciwko Lutrowi. Niestety, kiedy na początku roku 1519 cesarz Maksymilian zmarł, papież nie postąpił zgodnie z ustalonym wcześniej planem, nie sprzeciwił się działaniom Lutra i nie nazywał rzeczy po imieniu, tylko wolał podjąć działania polityczne.

Papież wierzył, że tak naprawdę cała sprawa z Marcinem Lutrem będzie miała mniejsze znaczenie niż osadzenie na tronie cesarskim swego kandydata, czyli króla Francji - Franciszka. A do tego potrzebował wsparcia Fryderyka Mądrego, głównego protektora Lutra.

Używając świeckiego porównania można powiedzieć, że papież „wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle”, ponieważ nie udało mu się doprowadzić do obsadzenia niemieckiego tronu swoim człowiekiem i jednocześnie stracił bardzo dużo czasu na to, żeby jednoznacznie określić działalność Lutra. Co więcej, powstało wrażenie, że w gruncie rzeczy herezja Lutra to drobiazg.

Czy wymienione przez Pana aspekty wpłynęły również na działania następców Leona X?

Po Leonie X nastał bardzo krótki pontyfikat Hadriana VI - papieża rozumiejącego stopień zagrożenia, który próbował się mu faktycznie przeciwstawić. Niestety był on wyjątkowo niezręcznym politykiem. Nie zdawał sobie bowiem sprawy, że tego typu „operacja” musi być przeprowadzona ze współudziałem kurii rzymskiej. Hadrian VI chciał ją przeprowadzić wbrew własnemu otoczeniu i właśnie to skazywało go na przegraną.

Z kolei kolejny papież - Klemens VII tak naprawdę nie podjął żadnych konkretnych działań z powodów czysto świeckich. Czytając bowiem raporty regularnie wysyłane przez legatów papieskich doskonale znających nastroje w Niemczech, widać wyraźnie, że jedynym rozwiązaniem na wywołaną przez Lutra rewolucję jest zwołanie soboru przez papieża. Pozwoliłby on podjąć autentyczną reformę Kościoła. Bez niej reformacja będzie czyniła postępy, co niestety nastąpiło, ponieważ Klemens VII bał się, że zwołany sobór pozbawi go władzy papieskiej, jako że pochodził on z nieprawego łoża.

Do roku 1520, czyli momentu spalenia bulli papieskiej i Kodeksu Prawa Kanonicznego Luter cały czas powtarza, że nie chodzi mu o sianie zamętu i herezji, tylko naprawę Kościoła katolickiego. Wiemy doskonale co jest dobrymi chęciami wybrukowane...

Teza ta, tak popularna wśród współczesnych ekumenistów zakłada, że Luter nie walczył z Kościołem, tylko z nadużyciami.

Załóżmy na moment, że jego „doktryna” jest słuszna. Konsekwencją tej „słuszności” jest odrzucenie hierarchicznego Kościoła, sensu sakramentów świętych, jakiejkolwiek dyscypliny duchowej etc. Liczy się tylko poryw ufności, który człowiek ma w sobie! A skoro ufność wystarczy do zbawienia, to na co komu Kościół, papież i sakramenty? Od samego początku nowa doktryna usprawiedliwienia musiała doprowadzić do ataku na Kościół hierarchiczny. Nie było w niej miejsca na żadną formę Urzędu Nauczycielskiego, żadną formę Magisterium.

W swojej książce bardzo dobitnie zwraca Pan uwagę, że każda rewolucja jest inspirowana przez idee, które zebrał w swą doktrynę Marks, w związku z tym muszę zapytać: czy Luter był marksistą?

Nie nazwałbym go marksistą, ponieważ byłby to anachronizm.

Nie zmienia to jednak faktu, że istnieje bardzo wiele ogniw łączących Lutra i późniejsze rewolucje, jak chociażby element buntu i absolutnej wiary w swój prywatny osąd. To one stanowią swoisty „korzeń”, z którego wyrasta wrogość wobec zastanego ładu i porządku, i dlatego, zdaniem rewolucjonistów, można je na nowo wykreować.

To jednak nie wszystko. Rewolucjoniści zawsze charakteryzowali się wiarą w kreacyjną moc ludzkiego rozumu i przekonaniem, że mogą zlikwidować wszystkich, którzy się im przeciwstawiają. Wreszcie znaczenie miała też propaganda. To w czasach Lutra i za jego sprawą powstał największy zasób antykościelnej retoryki i propagandy, z której czerpali oświeceniowi rewolucjoniści wieku XVIII, a później również marksiści.

Jakie były skutki odrzucenia wolności Kościoła?

Chodzi o powrót do czasów sprzed cesarza Konstantyna, kiedy to władca świecki skupiał w swoim ręku całkowitą władzę, również całkowitą władzę duchowną. Dzięki poparciu Lutra i odrzuceniu Kościoła katolickiego świeccy władcy w cesarstwie niemieckim od XVI wieku mogli stać się jednocześnie „biskupami w stanie nadzwyczajnym”. Przejęte w wyniku tej operacji ziemie i dobra kościelne dawały władcą ogromne zaplecze finansowe i pozwalały na stworzenie nowej formy tyranii państwowej na niespotykaną wówczas skalę.

Słuchając wypowiedzi wielu hierarchów m.in. Kościoła w Niemczech można odnieść wrażenie, że katolicy i protestanci wierzą w tego samego Boga. To jednak nieprawda, co mocna podkreśla Pan w swojej książce. Jak to jest w związku z tym? Leon X potrafił wysyłać do dyskusji z Lutrem swoich teologów, którzy „rozkładali na łopatki” całą jego doktrynę. Dzisiaj tego nie ma…

To bardzo dobre spostrzeżenie i przyznam, że sam wielokrotnie się nad tym zastanawiałem.

Moim zdaniem jest to ściśle związane z przebiegiem i skutkami Soboru Watykańskiego II. To tam po raz pierwszy na dużą skalę wystąpili protestanccy obserwatorzy i wiele dokumentów przyjęto w taki sposób, aby odpowiadały „duchowi ekumenizmu”. W związku z tym podczas SW II po raz pierwszy w oficjalnych aktach Kościoła znalazły się fragmenty wyjątkowo niejasne i nie do końca określone i to tylko dlatego, żeby dostosować się do oczekiwań, jak wtedy mówiono, „braci odłączonych”.

Na marginesie: warto zaznaczyć, że dzisiaj w Kościele formuła „brat odłączony” praktycznie nie występuje, ponieważ uznaje się, że protestanci są w gruncie rzeczy takimi samymi chrześcijanami jak katolicy, a różnica między nimi jest sprowadzona w zasadzie do niewielkich różnic we wrażliwości, ewentualnie do spraw całkowicie marginalnych, żeby nie powiedzieć nieważnych i nieistotnych.

Zamieszanie wprowadzone w czasie SW II doskonale obrazuje późniejszy rozwój stosunków na linii katolicy-protestanci. Coraz bardziej niejasne i nieokreślone formuły stosowane przez hierarchów Kościoła powodują, że doktryna katolicka zostaje tak rozmyta, iż w oparciu o nią bardzo trudno ocenić błędy protestantyzmu. Ceną za jedność jest ucieczka od prawdy.

Skoro wszystko jest rozmyte, to dlaczego protestanci nie chcą nawrócić się na katolicyzm i wrócić do Kościoła?

Ale Kościół to nie wspólnota wierzących w cokolwiek i jakkolwiek, ale wspólnota jednej konkretnej, dogmatycznej wiary. Zresztą do jakiego Kościoła katolickiego mieliby wrócić dziś protestanci? Podam przykład: na początku września br. protestanci, w tym wypadku tzw. „wolne kościoły USA”, głównie południowi baptyści, czyli bardzo konserwatywna grupa chrześcijan, ogłosili coś, co można nazwać „deklaracją z Nashville”. Zapisano w niej najważniejsze, ich zdaniem, punkty dotyczące tradycyjnej etyki chrześcijańskiej i to w bardzo konserwatywnym duchu. W gruncie rzeczy ta deklaracja mogłaby wyjść spod pióra teologów katolickich. W „nagrodę” zostali za to skrytykowani przez kogoś, kto uchodzi w tej chwili za niemal oficjalnego rzecznika papieża Franciszka, czyli przez jezuitę Jamesa Martina i innych katolickich liberałów.

Właśnie to najlepiej pokazuje stopień chaosu i szaleństwa, w jakim żyjemy. Często zapominamy, że protestantyzm ma bardzo wiele odłamów począwszy od ludzi bardzo bliskich tradycyjnemu katolicyzmowi, szczególnie jego rozumieniu etyki i tradycji, aż po osoby, dla których chrześcijaństwo stanowi co najwyżej jakiś zewnętrzny sztafaż bez żadnego, realnego znaczenia. W większości są oni „wewnętrznymi ateistami” albo po prostu wrogami chrześcijaństwa. Niestety to właśnie ta druga grupa - tak zwani liberalni protestanci - dominuje w różnych państwowych kościołach europejskich.

Z którą z tych grup papież Franciszek prowadzi „dialog ekumeniczny”?

Powiem szczerze, że byłbym jeszcze gotów zrozumieć i zaakceptować spotkania z protestantami walczącymi o zachowanie w coraz bardziej zeświecczonym świecie tradycyjnych zasad chrześcijańskich, takich jak autorzy „deklaracji z Nashville”. Jednoznacznie potępili oni „śluby homoseksualne” i stwierdzili, że jakiekolwiek wspieranie ruchów homoseksualnych jest sprzeczne z tradycyjną doktryną Kościoła.

Niestety, mam wrażenie, że papież rozmawia jedynie z najgorszą częścią radykałów, liberałów i anty-chrześcijan po stronie protestanckiej! Jak bowiem nazwać sytuację, że Ojciec Święty staje ramię w ramię z panią Jackelen – „biskupką” w szwedzkim Lund i daje do zrozumienia, że jest ona jego partnerką w nauczaniu Chrystusa?

Jest to sytuacja absolutnie dramatyczna, ponieważ jedynym jej skutkiem jest pogłębianie chaosu w Kościele Jezusa Chrystusa.

Wiele zamieszania stwarzają również tezy głoszone przez „papieskiego teologa”, czyli kardynała Waltera Kaspera. W jednej ze swoich książek stwierdził on, że Marcin Luter uchylił zatrzaśniętą przez Kościół katolicki furtkę do ostatecznego pojednania katolików i protestantów.

Kard. Kasper to przykład na to, że we współczesnym świecie można stawiać najbardziej absurdalne tezy w dziedzinie historii teologii i w żaden sposób nie odbija się to na czyimś wizerunku czy też pozycji.

Dowodzi tego wspomniana przez Pana teza, której przeczą wszystkie fakty historyczne. To trochę tak, jakby jakiś historyk postawił tezę, że Lenin w 1917 roku był wielkim zwolennikiem porozumienia się z arystokracją w Rosji, albo że Stalin w 1940 roku chciał stworzyć silne, suwerenne państwo polskie całkowicie wolne od ideologii komunizmu, tylko nie znalazł do tego partnerów. Tezy na podobnym poziomie absurdu stawia kardynał Kasper.

Różnica polega na tym, że historyków, którzy stawiają tak niedorzeczne tezy albo w ogóle nie ma, albo nikt ich nie bierze na poważnie. Z kolei kard. Kasper jest ważnym przedstawicielem Kościoła i może spokojnie opowiadać światu swoją wizję Marcina Lutra i reformacji.

Jak Luter i jego nauka są odbierani dzisiaj w Polsce?

Ze względu na to, że Luter był Niemcem, a wszystko co przychodziło bezpośrednio zza zachodniej granicy Polacy traktowali z podejrzliwością, protestantyzm jeśli już przyjął się, to przede wszystkim w wersji kalwińskiej.

Luter nie jest jakimś istotnym punktem odniesienia w polskiej dyskusji. Problem polega również na tym, że Polacy często nie rozumieją wagi tej postaci i znaczenia sporu teologicznego jaki od wieków trwa w Niemczech.

Dla wielu Polaków Luter to postać, która w istotny wpłynęła na przebieg historii, co jest oczywiście prawdą. Niestety pytanie, czy wpływ ten okazał się dobry czy zły, pada niezwykle rzadko.

Przypomnę, że do komitetu obchodów 500-lecia reformacji wszedł prymas Polak. Jest to sytuacja przedziwna. Popierając tego typu inicjatywę prymas Polski udziela jednocześnie poparcia dla dokonań Lutra i „darów reformacji”. Przypominam, że w nauce Lutra nie ma miejsca ani dla celibatu, ani dla sakramentów, ani dla kapłaństwa a co za tym idzie również dla prymasa Polski!

Prymas Polak nie dostrzega zagrożeń z świętowania 500-lecia reformacji, a czy dostrzegają je „prości wierni”?

Siłą i jednocześnie słabością polskiego katolicyzmu jest to, że wierni darzą ogromnym zaufaniem hierarchów Kościoła. Wierni w zdecydowanej większości zakładają, że jeśli duchowny coś robi, to ma ku temu jakieś istotne powody. Dopiero kiedy ktoś zaczyna dokładniej wszystko badać, to wówczas okazuje się, że niejednokrotnie mamy do czynienia z sytuacjami co najmniej dziwnymi.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz D. Kolanek

**********

Paweł Lisicki - publicysta, pisarz, redaktor naczelny i współwydawca tygodnika "Do Rzeczy". W latach 2006-2011 redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita", założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika "Uważam Rze". W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę "Doskonałość i nędza" W latach 2013-14 wydał trylogię poświęconą początkom chrześcijaństwa "Kto zabił Jezusa", "Tajemnica Marii Magdaleny", "Czy Jezus jest Bogiem?". W latach 2015-17 ukazały się "Dzihad i samozagłada Zachodu", "Krew na naszych rękach?" i "Poza polityczną poprawnością". Stały uczestnik radiowych i telewizyjnych programów publicystycznych m.in. "Loży prasowej" czy "Minęła dwudziesta". Prowadzi "Salon Polityczny Trójki", współpracuje stale z telewizją "Wirtualnej Polski".

czwartek, 2 listopada 2017

Św. Jan Maria Vianney: O cierpieniach w czyśćcu i o sposobach ratowania dusz cierpiących



"Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, żeć idzie godzina i teraz jest, gdy umarli
usłyszą głos Syna Bożego, a którzy usły­szą, ożyją" Ew. u św. Jana r. 5, w. 25.

Bardzo bolesne i przejmujące jest położenie naszych rodziców, krewnych, znajomych, jeżeli zeszli z tego świata nie uczyniwszy zadosyć sprawiedliwości Bożej. Skazani bowiem zostali do tego strasznego więzienia, które się czyśćcem nazy­wa, i tam zostawać będą dopóty, dopóki długów swoich całko­wicie nie spłacą. "O jak straszną jest rzeczą – mówi Apostoł narodów – wpaść w ręce Boga żywego" (1).

Ale po co ja bracia drodzy wszedłem dziś na ambonę i w czyim imieniu mam przemawiać do was? – Wszedłem z rozkazu Boga i przemawiać mam w imieniu waszych rodzi­ców, krewnych, znajomych. Wszakże od was dla nich należy się dług wdzięczności. Przypomnijcie sobie co oni zrobili dla was, kiedy na tej ziemi żyli. Weźcie na uwagę ich położenie w płomieniach czyśćcowych i pośpieszcie im z pomocą.

Zdaje mi się, że słyszę ich, jak wołają: "Powiedz naszym ojcom, naszym matkom; powiedz naszym dzieciom, wszystkim naszym krewnym, co my za straszne męki cierpimy. Niech się zlitują nad nami i niech nam swej pomocy nie odmawiają. Od czasu, jakeśmy się rozłączyli z nimi, ciągle w tych płomie­niach gorejemy. Oby się poruszyli naszymi wołaniami i wyr­wali nas z tej niedoli! Przedstaw im sługo Boży szczegółowo naprzód wielkość mąk naszych, a potem środki, którymi mogą nam ulżyć albo całkiem uwolnić". Pocieszycielko strapionych, wstaw się za nami.

Zdrowaś Maryjo!

I.

α) Jako katolicy wiemy dobrze bracia drodzy, że jest czy­ściec, to jest miejsce, gdzie się dusze wiernych zmarłych wy­płacają Boskiej sprawiedliwości. Jest to artykuł naszej wiary, że jeżeli pokuta nasza nie była odpowiednią do wielkości na­szych grzechów, to chociaż grzechy nasze Pan Bóg nam prze­baczył, gdyśmy się spowiadali, chociaż nas z wiecznej kary uwolnił, zostaniemy jednak dla uiszczenia się w zupełności z kary doczesnej skazani na męki do czyśćca. Jeśli Bóg nie zostawia bez nagrody żadnej myśli dobrej, żadnego pragnienia i czynności chociażby najmniejszej; to nie zostawi także bez kary żadnego przewinienia chociażby najlżejszego. Pójdziemy do czyśćca i cierpieć będziemy, dopóki sprawiedliwość Boska nie uzna nas za zupełnie oczyszczonych. W Piśmie świętym wiele dowodów znajdujemy na to, że chociaż grzechy nasze zostają nam darowane, Bóg jednak wkłada na nas obowiązek, abyśmy na tym świecie ponosili różne kary doczesne, a na tamtym wypłacali się aż do ostatniego szelążka w płomieniach czyśćcowych.

Patrzmy, co się stało z Adamem: kiedy żałował za grzech swój, Bóg mu przebaczył, skazał go jednak na pokutę; więcej niż 900 lat trwającą. Jakaż to długa pokuta! Dawid wbrew woli Boga rozkazał spisać wszystkich swoich poddanych; ale później dręczony wyrzutami sumienia uznał swój grzech, padł twarzą na ziemię i prosił Boga o przebaczenie. Bóg wejrzał na żal jego, winę darował, ale pomimo to proroka Gada posłał, aby mu powiedział: Wybierz królu jedną z trzech kar, jakie Bóg przeznaczył za grzech twój: morową zarazę, wojnę lub głód. Dawid rzekł: lepiej wpaść w ręce Pana, który już tyle razy okazał swe miłosierdzie, niż w ręce ludzkie. Wybrał więc mo­rową zarazę, która trwała trzy dni, i zabrała mu przeszło siedemdziesiąt tysięcy poddanych; a gdyby był Pan Bóg nie po­wstrzymał ręki anioła wyciągniętej na miasto, to by była spu­stoszała cała Jerozolima. Dawid widząc, ilu nieszczęść był powodem grzech jego, prosił Boga, aby karę swą przeciw niemu samemu zwrócił, a oszczędził lud, który był niewinny.

Ach! bracia drodzy, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy odpowiedniej pokuty. Ileż lat męczarni czeka nas na tamtym świecie!

β) Ogień w czyśćcu jest ten sam co w piekle; różnica na tym tylko polega, że nie jest wieczny. Dałby Bóg, żeby która z tych dusz biednych, które tam przebywają, stanęła dziś na moim miejscu otoczona ogniem ją pożerającym i opowiedziała sama mę­czarnie swoje, napełniła ten kościół swymi jękami: to może by zmiękczyła i do litości pobudziła serca wasze! O jakże my cierpimy, uwolnijcie nas bracia z tych męczarni, wy to możecie uskutecznić. O gdybyście wy czuli, co to za boleść być w rozłączeniu z Bogiem! Któż to wysłowi? Goreć w ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą, ponosić bóle niesłychane, być trawionymi żalem, wiedząc, żeśmy mogli tego uniknąć! O dzia­tki drogie, wołają rodzice, myśmy was tak kochali, czyż podo­bna, abyście nas teraz opuścili? Wy spoczywacie na miękkim łożu, a my w ogniu strasznym. Wy się oddajecie zabawom, a my dzień i noc cierpimy i płaczemy. Mieszkacie w domach, któreśmy wam zostawili, używacie owocu trudów naszych; a my opuszczeni przez was od tylu lat ponosimy katusze tak stra­szne. Ani jałmużny nie czynicie, ani o Mszę świętą nie pro­sicie dla przyjścia nam z pomocą. Możecie nam ulżyć, może­cie nas z więzienia uwolnić, a jednak nie pomyślicie o tym. O jakże straszne są męczarnie nasze!

Tak bracia drodzy, kiedy w płomieniach jęczymy, to sąd nasz zmieniamy o tych lekkich przewinieniach, jeżeli je można nazwać lekkimi, którycheśmy się dopuszczali. "O mój Boże – woła Król-Prorok – biada człowiekowi nawet najsprawiedliw­szemu, jeżeli go sądzisz bez miłosierdzia. Jeśli plamy na słoń­cu znalazłeś a złość w aniołach, to cóż będzie z grzesznikiem?". Ileż lat mąk czyśćcowych nam się należy, którzyśmy popełnili tyle grzechów śmiertelnych, a prawie nic nie czyniliśmy dla zadosyćuczynienia sprawiedliwości Bożej!

γ) Czytamy w Piśmie świętym, że Pan Bóg raz rzekł do jednego ze swoich proroków: "Idź do króla Jeroboama i stro­fuj go w moim imieniu za grzech bałwochwalstwa, którego się dopuścił. Nie przyjmuj żadnego pożywienia ani u niego, ani w drodze". Prorok zastosował się do rozkazu bez uwagi, że się na niebezpieczeństwo wielkie naraża. Stanął przed kró­lem i wyrzucał mu występek, stosownie do woli Boga. Król się mocno obraził taką śmiałością proroka, podniósł rękę i ka­zał go pojmać. Ale ręka króla uschła natychmiast. Widząc taką karę upamiętał się Jeroboam i począł żałować. Pan Bóg wejrzał na żal jego, przebaczył mu grzech i uzdrowił rękę. Dobrodziejstwo to zmieniło umysł króla, nie gniewał się już na proroka; ale prosił, aby z nim do stołu zasiadł i posiłek przyjął. "Nie mogę – odpowiedział prorok – Pan Bóg mi zabronił; chociażbyś mi połowę królestwa dawał, nie uczynię te­go". Gdy wracał, napotkał fałszywego proroka, który mówił że jest posłany od Pana i nakłaniał go do spożycia z nim po­karmów. Przyjął to zaproszenie nakłaniany i cokolwiek się pożywił. Ale jak tylko z domu fałszywego proroka wyszedł, zaraz lwa ogromnego napotkał, który go pożarł. Jeśli się za­pytamy, co sprowadziło tę śmierć, to w odpowiedzi otrzymamy, że nieposłuszeństwo proroka.

Patrzmy jeszcze na Mojżesza, który był tak miłym Bogu. Na chwilę tylko zwątpił, że woda ze skały nie wytryśnie i dwa razy w skałę uderzył. Bóg jednak rzekł: obiecałem ci, że wej­dziesz do ziemi obiecanej, która mlekiem i miodem płynie; ale żeś zwątpił i dwa razy w skałę uderzył, jak gdyby jeden raz nie wystarczał, przeto za karę z daleka tylko tę ziemię ujrzysz, ale do niej nie wejdziesz.

Jeśli Bóg tak surowo karze lekkie przewinienia, to jakże karać będzie roztargnienia w modlitwie, niewłaściwe zachowa­nie się w kościele. Ach! jakże my jesteśmy zaślepieni! Ileż lat i wieków gotujemy dla siebie w czyśćcu za tyle przewinień, które za nic sobie poczytujemy. Jakże się inaczej odzywać będziemy, gdy się wśród tych płomieni znajdziemy, w których sprawiedliwość Bożą tak dotykalnie, tak boleśnie odczujemy!

δ) Bóg jest sprawiedliwy bracia drodzy w tym wszystkim, co czyni. Nagradza nas za najmniejszą czynność, nagradza nawet nasze pragnienia, każdą myśl dobrą, każdą chęć, chociaż byśmy jej dla jakich przeszkód uskutecznić nie mogli. Ale z drugiej strony, kiedy idzie o karę, nic nie daruje. Każde przewinienie, chociażby najlżejsze, może nas do czyśćca zapro­wadzić. Wielu ze Świętych nie pierwiej dostali się do nieba, aż po przebyciu odpowiedniego czasu w czyśćcu. Święty Piotr Damian mówi, że siostra jego przez wiele lat zostawała w czy­śćcu za to, że słuchała raz z pewną przyjemnością piosenki lu­bieżnej. Dwaj zakonnicy przyrzekli sobie nawzajem, że który z nich pierwiej umrze, to w jakikolwiek sposób da znać pozo­stałemu przy życiu o stanie, w jakim się znajduje po śmierci. Bóg pozwolił temu, co pierwiej umarł, aby spełnił swoją obie­tnicę. Pokazał się więc swemu przyjacielowi i zapewnił go, że 15 dni przebywał w czyśćcu za to, że zbyt lubował się w spełnianiu swojej woli. Kiedy żyjący winszował mu, że tak niedługo przebywał w czyśćcu, umarły odrzekł: "Wolałbym za życia ze skóry być obdzieranym przez dziesięć tysięcy lat; gdyż to cierpienie jakkolwiek wielkie nie wyrównywałoby cier­pieniom, jakie w czyśćcu ponosiłem". Pewien kapłan zapewniał swego przyjaciela, że przez kilka miesięcy zostawał w czyśćcu za to, że zwlekał z wykonaniem testamentu, w którym były zapisy na różne cele dobroczynne.

Ach! iluż jest i teraz bracia drodzy, co mają sobie do wyrzucenia tę samą winę. Od ośmiu albo i dziesięciu lat po­umierali ich rodzice i zobowiązali ich do dania takiej a takiej jałmużny, do zamówienia tylu a tylu Mszy świętych, a oni dotychczas tego nie spełnili! Iluż jest takich, którzy z obawy aby nie było jakich zapisów na uczynki dobre, nie chcą zaj­rzeć do testamentu na ich korzyść sporządzonego przez rodzi­ców lub przyjaciół! Oto te biedne dusze w czyśćcu zostają, straszne męki ponoszą, ponieważ nie spełniono ich ostatniej woli. Biedni, cóżeście zrobili? Chodziło wam o to, aby uszczę­śliwić dzieci albo spadkobierców waszych; i ażeby przysporzyć im mienia, polepszyć ich los, zaniedbywaliście własne dusze, nie troszczyliście się o ich zbawienie. Spełnienie dobrych uczyn­ków, które mogliście sami wykonać, powierzyliście waszym dzieciom. Ach! jakże byliście nierozsądnymi, kiedyście zapo­minali o samych sobie, o swoim zbawieniu!

Powie kto: moi rodzice dobrze żyli, o łaskę Boga i zba­wienie swoje bardzo się starali. Ach! czy to tak wiele po­trzeba, aby się do czyśćca dostać? Posłuchajmy, co mówi w tej mierze Albert Wielki, którego cnoty znane były powszechnie (a). Oto pokazał się po śmierci jednemu ze swoich przyjaciół i oznaj­mił, że go Pan Bóg posłał do czyśćca za to, że miał chwilowe upodobanie w swojej nauce. Co dziwniejsza, wielu Świętych nawet kanonizowanych przechodziło przez czyściec. Święty Seweryn, arcybiskup koloński, w kilka lat po śmierci pokazał się jednemu ze swoich przyjaciół i powiedział, że był w czyśćcu za to, że odłożył do wieczora modlitwę, którą był powinien zmówić rano. O jakże wielu chrześcijan w czyśćcu będzie za to, że swe modlitwy odkładali na czas inny, pod pozorem że coś ważniejszego mieli do załatwienia! Gdybyśmy szczerze pragnęli posiadać Boga, to byśmy unikali zarówno małych jak wielkich grzechów; ponieważ odłączenie od Boga, chociażby krótkie, jest tak strasznym dla dusz!

ε) Ojcowie Święci mówią, że czyściec jest w pobliżu piekła. Łatwo to pojmiemy, gdy pomyślimy, że grzech powszedni nie­daleko jest od śmiertelnego. Według tychże Ojców nie wszystkie dusze pokutują w czyśćcu dla zadośćuczynienia Boskiej spra­wiedliwości – niektóre z nich pokutują w tych miejscach, w któ­rych grzeszyły. Święty Grzegorz papież podał nam w tej mie­rze przykład. Pewien świątobliwy kapłan, będąc chorym, z roz­kazu lekarza chodził co dzień do kąpieli w dosyć odległe miejsce. Zawsze tam czekał na niego jakiś nieznajomy człowiek, który mu pomagał rozebrać się, a po kąpieli podawał płótno do otarcia się. Kapłan przez wdzięczność przyniósł raz swe­mu nieznajomemu kawałek chleba poświęconego. "Mój ojcze – rzekł nieznajomy – dajesz mi rzecz, której ja nie spożytkuję; bo jestem duchem, chociaż widzisz mnie w ciele. Byłem tu kiedyś panem i odbywam tu mój czyściec. Sługo Boży, zlituj się nade mną; jeśli zechcesz, możesz mnie uwolnić z tych mąk, które ponoszę: ofiaruj za mnie Msze święte, ofiaruj modlitwy twoje". To powiedziawszy, zniknął.

Ach! bracia drodzy, wiedząc o tym, czyż możemy nie pamiętać o naszych rodzicach, którzy może tu są około nas? Je­śliby im Bóg pozwolił nam się pokazać, to by się nam do nóg rzucili. "Dzieci drogie, powiedzieliby, miejcie litość nad nami, nie zapominajcie o nas". Tak bracia drodzy, wieczorem idąc na spoczynek, widzielibyśmy biednych rodziców naszych, wo­łających o pomoc, widzielibyśmy ich w naszych domach, w na­szych polach. Te biedne dusze krążą około nas, idą za nami wszędzie; ale niestety są to biedni żebracy około złych bogaczów! Przedstawiają im swoje potrzeby i swoje męczarnie, ale źli bogacze nie zwracają na to uwagi. "Prosimy – wołają – o jedno Ojcze nasz, o jedno Zdrowaś, o jedną Mszę świętą".

Ach! jakże byśmy byli niewdzięczni, gdybyśmy odmówili naszemu ojcu, naszej matce, jakiej małej cząsteczki tych dóbr, które oni z takim mozołem nabyli dla szczęścia naszego! Po­wiedzcie mi: jeśliby wasz ojciec lub wasza matka, albo jedno z waszych dzieci było w ogniu, gdybyście widzieli ich ręce wyciągnięte do was z prośbą o pomoc, czyżbyście byli tak nie­czuli, żebyście pozwolili na ich palenie w oczach waszych? Ach! wiara nas uczy, że te biedne dusze ponoszą męki tak straszne, iż żaden człowiek pojąć tego nie jest w stanie.

ζ) Jeśli chcemy, bracia drodzy, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek zbawienia, modlitwa za umarłych. Pismo święte dostarcza nam porównania cudo­wnego w historii Jonaty. Saul, ojciec jego, zabronił wszyst­kim żołnierzom pod karą śmierci nie brać żadnego pożywienia, dopóki by nie pokonali Filistynów. Jonatas, który na ten za­kaz nie zważał, będąc bardzo zmęczonym, umoczył koniec swej strzały w miodzie i skosztował. Saul pytał Pana, czy kto nie naruszył danego zakazu? Dowiedziawszy się, że syn jego naruszył, kazał go pojmać i rzekł: "To mi niech uczyni Bóg, i to niech przyczyni, że śmiercią umrzesz". Jonatas widząc, że jest skazanym na śmierć przez ojca, za naruszenie danego rozkazu, zwrócił oczy swoje do ludu i płacząc zdawał się przypominać wszyst­kie usługi, jakie mu wyświadczył, wszystkie łaski, jakimi obsy­pał. Lud rzucił się do nóg Saulowi: "Czemu skazujesz na śmierć Jonatę, który wybawił Izraela, który uwolnił nas z rąk nieprzyjaciół? Nie, nie, nie spadnie ani włos z głowy jego; my musimy go ocalić, on nam wiele dobrodziejstw wyświad­czył, my nie możemy, nie powinniśmy o tym zapomnieć". "I wybawił lud Jonatę, że nie umarł".

Jest to obraz tego, co się dzieje przy śmierci. Ten co się modli za duszami w czyśćcu cierpiącymi, skoro tylko stanie przed trybunałem Jezusa Chrystusa dla zdania rachunku ze swego życia, dusze owe już staraniem jego uwolnione z czyśćca rzucą się do stóp Zbawiciela i powiedzą: "Panie, zlituj się nad tą duszą, ona nas wyrwała z płomieni, ona za nas uczy­niła zadość Twej sprawiedliwości. Zapomnij jej przewinień, jak ona błagała, żebyś zapomniał przewinień naszych".

Ach! Jakże to potężne są pobudki do rozbudzenia w nas współczucia dla tych dusz cierpiących. Tymczasem, jakże prędko zapominamy o tych duszach. Można powiedzieć, że pamięć o umarłych przemija razem z dźwiękiem dzwonów. Cierpcie biedne dusze, płaczcie w tym ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą, daremne wasze wołania, nikt was nie usłyszy, nikt wam nie ulży. Oto, jak się wywdzięczamy bracia drodzy za miłość, za dobroć, jaką nam okazywali najbliżsi, najserdeczniejsi za życia.

Ach! nie bądźmy – błagam was na wszystko – z liczby tych niewdzięcznych, tych przewrotnych; ponieważ pracując nad ich wybawieniem, pracujemy nad naszym własnym zba­wieniem.

II.

η) Ale, powiecie może, jakim sposobem moglibyśmy te dusze pocieszyć, uwolnić z czyśćca i do nieba zaprowadzić? – Odpo­wiedź na to łatwa, już dawno przez Kościół wskazana. 1° Przez modlitwy i jałmużny. 2° Przez odpusty. 3° Przez ofiarę Mszy świętej.

Naprzód przez modlitwy. Kiedy się modlimy za duszami w czyśćcu, to na ich korzyść odstępujemy to wszystko, co by Bóg nam udzielił, gdybyśmy się za siebie modlili. Ale nie­stety, modlitwa nasza jest czymś bardzo małym, ponieważ je­steśmy grzesznikami i prosimy za winnymi. Mój Boże, czegoż to potrzeba, aby twoja miłość była wielką? Każdego poranku możemy ofiarować za dusze w czyśćcu cierpiące wszystkie czyn­ności nasze dzienne i wszystkie modlitwy, jakie w ciągu dnia odmówimy. Jest to niewiele zaprawdę. Wyobraźmy sobie, że ktoś ma ręce związane i jest ciężarem obciążony; że my prze­chodzimy każdego dnia około niego i trochę z tego ciężaru ujmujemy: po niejakim czasie owego biedaka spod ciężaru cał­kiem uwolnimy. Z duszami w czyśćcu cierpiącymi rzecz się ma podobnie, ujmujemy im ciężaru, zmniejszamy ich cierpienia, ile razy coś dla nich czynimy. To o kwadrans, to o godzinę zmniej­szamy ich karę, i coraz bardziej zbliżamy ich do nieba.

Po wtóre, możemy dusze z czyśćca uwalniać za pośrednictwem odpustów. Jest to wielka pomoc, ceny niesłychanej, dusze nią wsparte bardzo prędko przybliżają się do nieba. Ofiarujemy im bowiem zasługi Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, zasługi cnót Najświętszej Maryi Panny i Świętych różnych, którzy większe czynili pokuty, niż ich grzechy wymagały. Ach! gdybyśmy chcieli, to byśmy prędko czyściec pustym uczynili, ofiarując za biedne dusze czyśćcowe wszystkie odpusty, jakie pozyskać możemy. Pomyślcie bracia drodzy, ile odpustów otrzy­mać można, odbywając drogę krzyżową, odmawiając różaniec lub inne modlitwy, do których odpusty są przywiązane. Bar­dzo winnymi jesteśmy, bardzo nieczułymi, gdy tak łatwymi środkami mogąc uwolnić dusze rodziców, nie czynimy tego, ale pozwalamy, aby się paliły w strasznych płomieniach czyśćcowych!

Po trzecie, sposobem najpotężniejszym do uwolnienia dusz z czyśćca jest Msza święta. Gdy ją ofiarujemy za te biedne dusze, to już nie grzesznik prosi za grzesznikiem, ale Bóg ró­wny Ojcu swojemu, który nic nie odmówi Synowi. Zapewnił nas o tym Jezus Chrystus, kiedy powiedział: "Ojcze mój, dzię­kuję Ci, ponieważ mnie zawsze wysłuchujesz".

Oto przykład, który świadczy jak wielka jest skuteczność Mszy świętej. Czytamy w historii kościelnej, że w krótkim czasie po śmierci cesarza Karola [Łysego], pewien człowiek świątobliwy z diecezji Reimskiej, imieniem Bernold, zachorowawszy i otrzymawszy ostatnie Sakramenta, przez cały dzień prawie nic nie mówił i zaledwie słabe oznaki życia dawał; pod wie­czór otworzył oczy i o spowiednika poprosił. Stało się jego woli zadość, spowiednik przybył, a on zalawszy się łzami w te słowa przemówił: "Byłem na tamtym świecie i znalazłem się w tym miejscu, w którym biskup Pardul z Laon przebywa. Strasznie cierpi w płomieniach. Zobaczywszy mnie rzekł: «Po­nieważ wracasz jeszcze na ziemię, proszę cię nie zapomnij o mnie; możesz mnie stąd uwolnić i z Bogiem, czego ja tak pragnę, połączyć». «Jakiż sposób na to?» – zapytałem. «Wyszukaj tych, którym ja dobrze za życia czyniłem, i powiedz im, żeby się modlili za mną, żeby o Mszę świętą prosili». Uczyniłem, czego ode mnie żądał, i ujrzałem go wkrótce pięknym jak słońce, nie cierpiącym wcale, zadowolonym zupełnie, te słowa mówiącym: «Patrz, ile modlitwy i Msza święta sprawiły mi szczęścia». Nieco dalej ujrzałem króla Karola, który tak przemówił: «Mój przyjacielu, ach! jakże ja cierpię; pójdź do biskupa Hinkmara i powiedz mu, że cierpię za to, iż nie słuchałem rad jego; li­czę jednak na to, że on mi dopomoże do wyjścia z tego miej­sca mąk. Proś także tych wszystkich, którym ja czyniłem do­brze za życia, aby się za mną modlili, aby Msze święte ofia­rowali, abym był wyzwolony». Biskup Hinkmar, który zabierał się właśnie do odprawiania Mszy świętej, począł zaraz modlić się z ludem na tę intencję. Ujrzałem następnie króla odzia­nego swymi szatami królewskimi i jaśniejącego chwałą" (2).

Mamy w tym dowód, jak dzielnie pomagają do uwolnie­nia biednych dusz z mąk czyśćcowych nasze modlitwy, nasze dobre uczynki, a nade wszystko Msze święte.

Weźmy inny przykład, który również znajdujemy w historii kościelnej; jest on jeszcze bardziej uderzający. Pewien święty kapłan dowiedziawszy się o śmierci swego przyjaciela, którego bardzo miłował w Bogu, nie znalazł lepszego środka dla podania mu pomocy, nad ofiarowanie za jego duszę jak naj­rychlej Mszy świętej. Rozpoczął ją z wielką pobożnością i z wiel­kim bólem zarazem. Po konsekracji podnosząc w górę hostię rzekł: "Ojcze Przedwieczny, oto ofiaruję Ci Ciało i Duszę twe­go Najdroższego Syna. Błagam pokornie, zlituj się nad duszą mego przyjaciela, który zostaje w płomieniach czyśćcowych. Zróbmy zamianę: ja Ci dam twego Syna, a Ty mi uwolnij me­go przyjaciela". Prośbę swoją zanosił z tak żywą wiarą, że Bóg wysłuchał i on spostrzegł, jak dusza jego przyjaciela, przeszła z czyśćca do nieba.

θ) Święta Perpetua zaleca usilnie modlitwy za dusze w czyśćcu. Bóg sprawił, że widziała jak jej brat gorzał w płomie­niach, pomimo że umarł mając zaledwie lat siedem, i pomimo że przez całe życie cierpiał na raka, wydając jęki straszne we dnie i w nocy. Wiele modlitw i wiele pokut czyniła dla uwolnienia go; wreszcie ujrzała, że przeszedł do nieba promie­niejący jak anioł. Ach! jakże są szczęśliwi ci wszyscy, którzy mają takich przyjaciół.

Biedne te dusze w miarę jak się zbliżają do nieba, zdają się jeszcze więcej cierpieć. Są w tym położeniu, w jakim Absalon: zostawał on przez jakiś czas na wygnaniu, potem po­wrócił do kraju, ale nie wolno mu było widzieć się z ojcem, który go czule kochał. Kiedy mu oznajmiono, że jest blisko ojca, ale go nie zobaczy, zawołał: "Ach! zobaczę okna i ogro­dy mojego ojca, a nie zobaczę jego samego. Powiedzcie mu, że wolę umrzeć, niż tu być a jego nie widzieć. Powiedzcie mu, że to nie dosyć, iż mi przebaczył, ale że ja pragnę i proszę, aby mi pozwolił widzieć się ze sobą". Z owymi duszami biednymi rzecz się ma podobnie: im bardziej zbliża się czas ich wyjścia z wygnania, tym bardziej zwiększa się ich miłość ku Bogu, ich pragnienie widzenia Go – nie czują w sobie dość siły do wytrwania w męczarniach. "Panie – wołają – wejrzyj na nas okiem swego miłosierdzia, jesteśmy już przy końcu na­szych cierpień, pozwól nam co rychlej ujrzeć Siebie. Ach! jak­że szczęśliwi są ci, którzy mogą uniknąć tych płomieni. My już jesteśmy pozbawieni tego szczęścia; nie mamy nadto ani rodziców, ani przyjaciół. Oby się przynajmniej zlitowali nad nami ci, których głos nasz dojdzie; od tylu lat zostajemy w tym ogniu zapalonym sprawiedliwością Bożą. Gdybyście mogli po­jąć wielkość tych cierpień, jakie ponosimy, to byście nas nie opuścili. Cóż za straszne położenie nasze, nikt nad nami lito­ści nie ma!".

ι) Jest to rzecz pewna bracia drodzy, że te biedne dusze dla siebie nic nie mogą, ale dla nas wiele mogą. Kto się do nich odwołuje, ten zawsze upragnioną łaskę otrzyma. Jeśli Święci, co są w niebie, naszym zbawieniem się zajmują, cho­ciaż od nas nic nie potrzebują; to o ileż bardziej dusze czyśćcowe, które naszymi modlitwami wspieraliśmy, po wydostaniu się z czyśćca, przez wdzięczność będą o nas pamiętać i nam w zbawieniu dopomagać. "Nie odmawiaj – powiedzą – swej łaski Panie tym braciom naszym, którzy tyle starań dołożyli, aby nas z płomieni wydobyć". Czyliż nie będzie błagać Boga matka o łaskę dla swych dzieci, które ją miłowały i o uwolnienie z czyśćca prosiły? Pasterz, który za życia bardzo się troszczył o zbawienie swych parafian, czyliż zapomni o nich w wieczności? Ach! nie.

Tak bracia drodzy, za każdą razą, kiedy będziemy po­trzebowali o co prosić, zwracajmy się z ufnością do tych świę­tych dusz, pewni będąc, że za nami się wstawią do Boga. Ja­kież to szczęście dla nas, że w modlitwach jakie za dusze czyśćcowe zanosimy, mamy tak wyborny środek na zapewnienie sobie nieba! Kiedy zechcemy prosić Boga o żal za grzechy, zwracajmy się do tych dusz, które tyle lat przebywały w pło­mieniach czyśćcowych! Kiedy zechcemy prosić o wytrwałość w dobrym, wzywajmy te dusze, które wskutek swej wytrwa­łości teraz oglądają Boga. W chorobie, w smutku, myślmy o czyśćcu i tych duszach, co tam były; a nie zawiedziemy się, owszem osiągniemy skutek pożądany!

κ) Jakiż koniec tego wszystkiego? Oto pewną jest rzeczą, że nadzwyczaj mała jest liczba wybranych, którzy nie przechodzili przez płomienie czyśćcowe; że kary jakie tam ponosili, są nad pojęcie nasze. Pewną jest rzeczą, że w rękach naszych mamy to wszystko, co potrzebne jest dla przyjścia z pomocą tym duszom nieszczęśliwym, to jest, modlitwy, pokuty, jałmużny, a nade wszystko Msze święte. W końcu, to niezawodna, że te dusze pełne miłości, wywdzięczając się, wyproszą dla nas tysiąc razy więcej niż my im dajemy. Jeśli będziemy w czyśćcu, to te dusze nie omieszkają prosić Boga o tę samą łaskę dla nas, jaką myśmy wyprosili dla nich: bo one dobrze wiedzą, jakie tam cierpienia straszne, jakie rozłączenie z Bogiem okrutne.

Poświęćmy bracia drodzy kilka godzin w ciągu tej okta­wy na rzecz tak zbawienną. Wiele, wiele bardzo dusz dosta­nie się do nieba przez Msze święte i modlitwy nasze, jałmużny, umartwienia. Niech każdy z nas myśli o swoich biednych ro­dzicach, krewnych, znajomych, dobrodziejach. Tak, bracia dro­dzy, czyńmy co tylko możemy dla sprawienia im ulgi w cier­pieniach. Podobamy się w ten sposób Bogu, który pragnie ich wyzwolenia, i pozyskamy dla nich szczęście najpożądańsze, szczęście widzenia Boga, który żyje i króluje po wszystkie wieki wieków. (3) Amen. (b)

–––––––––––

PRZYPISY:

(1) Hebr. 10, 31.

(2) Fleury, Hist., t. 11, r. 877.

(3) Sermons du Vénérable Serviteur de Dieu Jean-Baptiste-Marie Vianney, Curé d'Ars. Tome quatrième. Paris. Librairie Victor Lecoffre. 1883 a.

(a) Św. Albert Wielki, dominikanin, biskup (zm. 15. 11. 1280 r.) – beatyfikowany r. 1622; Papież Pius XI zaliczył go w r. 1931 w poczet świętych i jednocześnie nadał mu tytuł Doktora Kościoła. Św. Albert był mistrzem św. Tomasza z Akwinu.

(b) Por. inne tłumaczenie: Błogosławiony X. Jan Maria Vianney (Proboszcz z Ars), Kazania niedzielne i świąteczne. Wydał z francuskiego w skróceniu Ks. Dr Jakób Górka (Profesor Seminarium biskupiego w Tarnowie). Tom II. W Krakowie. CZCIONKAMI DRUKARNI "CZASU". 1906, ss. 307-315.

Cyt. za: Nauki na niedziele i święta całego roku miane w Kollegiacie Łowickiej przez Księdza Antoniego Chmielowskiego. T. III: Czas po Zielonych Świątkach. Warszawa 1893, ss. 657-668.

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; przypisy nienumerowane od red. Ultra montes).


**********

(*) Nota o autorze: "Św. Jan-Maria Vianney (Ioannes-Maria), Wyznawca; – święto 9 sierpnia. Ur. w Dardilly w r. 1786, jako syn ubogich wieśniaków, odznaczał się już w chłopięcym wieku niezwykłą pobożnością i miłością dla ubogich. Pragnął zostać kapłanem, nauka jednak przychodziła mu tak trudno, że kilkakrotnie doradzano mu, by zaniechał studiów. Wreszcie w r. 1815 dotarł do święceń kapłańskich. Był przez 3 lata wikariuszem w Ecully, po czym otrzymał zapadłą i zapuszczoną parafię wiejską Ars pod Lugdunem. Wkrótce pod wpływem świątobliwego duszpasterza odnowiło się oblicze parafii. I wpływ ten sięgał dalej. Schodzili się ludzie z dalekich stron, by się u niego spowiadać, by choć popatrzeć, jak «święty» odprawia Mszę św. Coraz liczniejsze rzesze wypełniały wiejski kościołek. Życie znanego już poza granicami Francji «proboszcza z Ars» upływało pomiędzy plebanią a kościołem. Długie godziny spędzał w konfesjonale, gdzie dokonywały się cudowne nawrócenia pod wpływem spowiednika, czytającego w sumieniach jak w księdze otwartej. Jeśli były wolne chwile, proboszcz spędzał je na klęczkach przed Najświętszym Sakramentem. W ciągu 20 lat przeszło 100 tysięcy pielgrzymów przesunęło się przez Ars, nawet z Ameryki przybywali penitenci. Opowiadano sobie o cudach, na jakie patrzano, główne jednak cuda dokonywały się w głębi dusz. Misje, rozpoczęte w Ars, przeszły do innych parafij, proboszcz bowiem śpieszył, gdzie go wzywano z posługą duszpasterską. Wreszcie wyczerpany nadludzką pracą – na sen miał tylko czasu 4 godziny – zmarł 4 sierpnia 1859 r. Kanonizowany w r. 1925. Ogłoszony patronem proboszczów w roku 1929". – Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], s. 227.




______________________________________________________________________

Redakcja Rzymskiego Katolika nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy opublikowanych na blogu. Komentarze nie mogą zawierać treści wulgarnych, pornograficznych, reklamowych i niezgodnych z prawem. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia komentarzy, bez podania przyczyny.

Uwaga – Rzymski Katolik nie pośredniczy w zakupie książek prezentowanych na blogu i nie ponosi odpowiedzialności za działanie księgarni internetowych. Zamieszczone tu linki nie są płatnymi reklamami.
______________________________________________________________________